sobota, 2 września 2017

Recenzja Anime - "Katekyo Hitman Reborn"



Znalezione obrazy dla zapytania katekyo hitman rebornCześć dzisiaj przychodzę do was z drugą recenzją anime jakim jest "Katekyo Hitman Reborn".
Na sam początek powiem, że anime zalicza się do tzw "tasiemca" liczy sobie 203 odcinki. I od razu powiem, że jest to seria dla cierpliwych. Dlaczego tak mówię? Ponieważ akcja zaczyna się około 50-60 odcinka. Przynajmniej w moim odczuciu. Do pierwszych 50 odcinków anime ciągnęło się niczym flaki z olejem. Ale nie zrażajcie się bo potem jest już tylko lepiej ^^.

Anime opowiada historię chłopca o imieniu Sawada Tsunayoshi, który dowiaduje się, że jest dziedzicem pewnej rodziny mafii. Otrzymuje  korepetytora domowego, który ma go przygotować do roli dziesiątego Vongoli. Rodzina Vongolii to najsilniejsza mafia w świecie gangów. Jednak Sawada nie wydaje się być zadowolony z wiadomości o tym, że ma przejąć gang. Wiedzie spokojne licealne życie, ma swoich przyjaciół. Jest typowym ciapowatym bohaterem, nie jest dobry w nauce, sportach. Ma swoją sympatię, której oczywiście wstydzi się wyznać uczucia










Powoli zaczyna zbierać strażników, którzy mają go chronić jako szefa mafii, jednak on twierdzi,
że robi to tylko po to by chronić przyjaciół.

Anime jest przyjemne, kreska na początku nie powala, ja przynajmniej mam co do tego duże wymagania, ale potem mam wrażenie, że stała się bardziej dopracowana, więc jak najbardziej zmiana na plus. Bohaterowie mają różne charaktery... dajmy na to Gokudera jest wybuchowy, niecierpliwy, ale bardzo mądry. Yamamoto to "świr bejsbolowy", który jest słaby w nauce tak jak Sawada. Ryohei ma fioła na punkcie ekstremy i boksu. Są jeszcze oczywiście inne przykłady ale ocene ich pozostawiam wam, jeżeli zabierzecie się za tę serię :)

Jedyną postacią która mnie denerwuje w serii to Lambo, inaczej "głupia krowa" jak to określa Gokudera. Lambo przyjmuje postać małego dziecka, które jest członkiem innej rodziny mafii. Ma strój krowy i afro na głowie, jest bardzo denerwujący, dziecinny i wszystko psuje. W moim odczuciu MĘ-CZĄ-CY.
                             
Bohaterów spotykają różne przygody, zmartwienia, smutki. Ale są chwile przy których śmieje się na całe mieszkanie.

Akcję oceniam: 7/10 - ze względu na powolny początek.
Kreskę oceniam na: 8/10 - teraźniejsza jest cudowna.
Fabuła: 8/10

Najlepsze postacie dla mnie to Sawada, Byakuran, Hibari :)

Krótko mówiąc polecam anime, jest ciekawe, jeżeli szukasz anime akcji, komedii to jak najbardziej to anime, które musisz obejrzeć :) Serdecznie zachęcam. A jeżeli oglądałeś/aś to anime to serdecznie zapraszam do wyrażenia swojej opinii o tym anime.
Trzymajcie się!                                                                                                          Ev.

                                 

środa, 16 sierpnia 2017

"Mrówańcza" - Rusłan Mielnikow


Po długiej przerwie powróćmy do Uniwersum Metra. Bez przedłużania przejdźmy do konkretów.
Akcja rozgrywa się w mieście Rostów na Donem. Tak naprawdę metro w Rostowie ‘jeszcze’ nie istnieje. Jest w planach. To sprawia, że ta część uniwersum jest jeszcze bardziej fantastyczna. Naszym bohaterem jest Ilja Magin, Mag. Jak się dowiadujemy mieszka on na opuszczonej stacji, która ciągnie za  sobą tragiczną historię. Co się stało? Ta właśnie stacja  została zaatakowana przez żaby-mutanty. Za śmierć mieszkańców, a w szczególności swoich bliskich ,Mag, wini potwory, ale i naczelnika stacji, który zdezerterował. Od tamtej pory słuch po nim zaginął. Został uznany za zmarłego.
Po tamtej tragedii nasz bohater unikał wszelkiego kontaktu z ludźmi. Nie zapominajmy, że jest stal kerem. Wychodzi on na powierzchnię by mścić się na mutantach. Któregoś razu w czasie ‘obchodu’ zauważa coś dziwnego. W sumie to nic nie zauważa, ponieważ tamtejsza fauna wyparowała. Jednak zostaje zaatakowany  przez stado dzikich „psów”, przez co jest zmuszony uciekać. Ukrywa się w budynku, z którego dostrzega dziwną, ciemną chmurę nad horyzontem.
Nasz bohater jest zaniepokojony. Po powrocie do metra wcale się nie uspokaja. Dowiaduje się, że tą „chmurą” by ł ogromny rój owadów. Tytułowa Mrówańcza, która zmierza w kierunku miasta i próbuje dostać się do środka metra.
Wracając do budowy Metra w Rostowie. W tej części metro nie jest tak rozbudowane jak w Rosji. To są tylko dwie linie: czerwona i niebieska. Jakby było tego mało w konflikcie. Jedna stacja nie pochwala metod organizacji czy gospodarki drugiej i odwrotnie.
Kontynuując metro zostaje zamknięte. Przejścia pomiędzy stacjami zostają zablokowane. Mag nie może wrócić do siebie, do rodziny. Chcąc nie chcąc spotyka wiele osób. Między innymi Gapcia. Takiego  miejscowego szaleńca. Wszystkim dobrze znany włóczykij. Spaceruje od stacji do stacji, tym razem rozpowiadając, że ta cała ‘mrówańcza’ jest kolejną plagą egipską i jest drogą do zbawienia. Mimo zakazu wartownicy przepuszczają Gapcia do kolejnej stacji.
I stało się najgorsze. Owady dostają się do metra. Wybucha panika. Wszyscy chcą się ratować. Gdy już wszystkie metody obrony  zawodzą ludzie są zmuszeni przejść na sąsiadującą linie metra. Wysadzają tunel i blokują przejście. Ale na jak długo?. Ludzie zostają odcięci całkowicie od powierzchni. Z jednej strony zbliżają się niebezpiecznie ogromne owady, a z drugiej strony czekają niezbadane tunele podmetra, o których krążą wiele strasznych historii.
Grupa śmiałków w tym Mag za pomocą ogromnego wiertła chcą zbadać tajemnicze tunele. Odkrywają ogromną sieć korytarzy, którymi można dostać się do każdego miejsca w metrze. Zostają zaatakowani przez tamtejszych tubylców, czyli ocalonych bezdomnych. Ale to nie jest najgorsze. W głębinach czyha coś o wiele gorszego.
Tutaj zakończę swoją wypowiedź. Oczywiście udaję się powstrzymać mrówańcze lecz nie powiem więcej co wydarzyło się w podmetrze.
Dla mnie ta część uniwersum zajmuje wysokie miejsce w mojej osobistej top 10. Mimo, że fabuła nie jest zbyt oryginalna. Od początku wiadomo do czego to wszystko zmierza. Uważam jednak że miłośnikom mutantów  oraz  postapokaliptycznej walki książka się spodoba. Autor wita nas wartką i szybką akcją.
Co jeszcze podobało mi się w książce?
Jak już mówiłam opis fauny i flory. Dlaczego? Uwielbiam wyobrażenia takich właśnie nadnaturalnych istot. Nie mogę pominąć walki oraz bardzo fajnego porównania biblijnego. Nawiązania do plag egipskich. Ale chyba tak już jest. To co kontrowersyjne lub związane z ciekawą teorią zawsze wkręci ;) W książce następuje również przemiana bohatera. Z odludka w żałobie zmienia się w osobę, dla której ludzkość staje się jego rodziną. Jest jeszcze obraz tego co strach, niebezpieczeństwo może zrobić z człowiekiem - wrogość lub nawet ‘bratobójstwo’.
Jest to książka warta przeczytania.
Do następnego

DJ

sobota, 29 lipca 2017

Wakacyjne propozycje książkowe od autorów

Znalezione obrazy dla zapytania wbrew zasadom
Chciałabym się podzielić z wami pewną książką, którą akurat pewnie większa część z was będzie kojarzyła, ale może nie sięgnęła po nią, to może po przeczytaniu tego wpisu...zrobią to! Otóż wakacje to również czas wyjazdów, na których można kogoś poznać, zaszaleć, przeżyć wakacyjną miłość...

Jest to książka, która została wydana nie dawno po premierze "50 twarzy Greya", dokładnie chodzi mi o "Wbrew Zasadą" autorstwa Samanty Young.

Tak, dobrze widzicie jest to książka z gatunku literatury erotycznej :)

Główna bohaterka Jocelyn, po stracie swoich bliskich postanawia zacząć nowe życie w Szkocji. Tragedia sprawiła, że wybudowała wokół swojego serca mur i nie pozwala nikomu na przekraczanie granic swojej bezpiecznej strefy, do czasu...:)

Wprowadziła się na dzielnicę Dublin Steet, gdzie poznała mężczyznę uwodzicielskiego i bardzo przystojnego. W dodatku Braden Carmichael "zawsze dostaje to czego chce" a w tym przypadku chce Jocelyn. Postanawia wkroczyć w jej życie i zostawić po sobie ślady. Ślady, których nie będzie potrafiła się pozbyć.
Proponuje jej układ bez zobowiązań, jednak czy zda to egzamin? Chcecie się dowiedzieć? Łapcie za książkę i czytajcie!
"Kiedy zaczęłam czytać tę powieść, znowu poczułam się jak młoda dziewczyna. Miałam ochotę powiesić na drzwiach swojego pokoju tabliczkę z napisem „Nie przeszkadzać” i czytać aż do rana. Umieszczam ją na swojej prywatnej liście bestsellerów 2012 roku!" – Fiction Vixen

"Mnóstwo zabawnych dialogów, niezwykle seksowne sceny i pełno dramatyzmu. Czy wspomniałam już o niezwykle seksownych scenach?" – Dear Author

Ja osobiście dostałam tę książkę od mojej przyjaciółki i tak naprawdę pochłonęłam ja w jeden dzień. Mega przyjemnie się ją czytało i bardzo podobało mi się to, że nie jest tylko o seksie. Jest to książka o budowaniu relacji damsko-męskich, przyjaźni. Pojawiają się humorystyczne sceny, przy których nie raz się uśmiałam. Uważam, że jest to książka, która przebija o głowę "50 Twarzy Greya". Może wy uważacie inaczej? Koniecznie dajcie znać w komentarzu. Także mogę ją polecić na wakacyjny czas, w końcu kto z nas nie lubi poczytać gorącego romansu na leżaczku i pod drzewkiem, popijając chłodny napój? :)

                                                                                                           Miłego czytania.
                                                                                                                                               Ev.

* * * * *


Polecam wam serię z Marvel NOW The Superior Spider-Man wydawnictwa Egmont. W Polsce ukazały się wszystkie tomy serii więc można w jeden wieczór poznać całą historię (a zapewniam, że nie można się od niej oderwać).

Nie będę opisywał fabuły, bo nie lubię tego robić, ale wątek zadowoli każdego fana Spider-Mana (mnie np. świeciły się oczy, gdy trzymałem kolejny tom, którego jeszcze nie  czytałem ;D). Zachwyceni będą ci, którzy Petera nie znają i Ci którzy znają go od chwili jego "narodzin".

Komiksy są mocne, nieprzewidywalne, nie dają się odłożyć po przeczytaniu kilku stron, zachwyca scenariusz i jego pomysłowość, a także rysunki i dobrze rozbudowane postacie. Każdy fan Spider-Mana będzie przeżywał wraz z nim jego problemy (które pewnie zapoczątkowały kolejne trudności w jego życiu, co jest mega, ekstra, ultra super). Tak więc zachęcam do poznania kolejnych przygód, które kształtują Petera po to, by pozostał naszym przyjaznym pajączkiem z sąsiedztwa.
Cpt. Dawid

* * * * *
Ja, mam Wam do polecenia dwie książki. Jedna z nich to antyutopia, która dziś przeżywa swoje kolejne pięć minut po ok. 30 latach. A także coś lżejszego, szybkiego i z dystansem no i humorem jak przystało na tego autora.
Pierwsza pozycja to "Opowieść podręcznej" autorstwa Margaret Atwood. Akcja książki jest umieszczona w świecie gdzie prawa kobiet właściwie nie istnieją. Wprowadzono system gdzie mamy hierarchie a w niej m.in.: komendant, jego żona, aniołowie, oko itd., a także podręczne i właśnie historia jednej z nich jest tu przedstawiona. 
Nie będę Wam zdradzać co dokładnie się w niej dzieje, ponieważ, chyba nawet bym nie potrafiła. Książka jest mocno szokująca, mówi o tematach tabu i przedstawia nam jak władza i propaganda zmieniły świat tych kobiet. Jeśli ktoś z Was, śledził wydarzenia sprzed kilku miesięcy co się działo na ulicach w Polsce i USA, nie zdziwi Was reedycja tej książki i powstanie serialu o tym samym tytule. Tematy ciężkie, często drastyczne, ale ważne. Podkreślam, że jest to antyutopia (tak jak "Rok 1984" Orwella) i nie przedstawia prawdziwych wydarzeń, jednak czytając miałam autentyczne przerażenie i wewnętrzny bunt z głośnym pytaniem, odbijającym się w mojej głowie "A co by było gdyby?". Ciężka, ale warto! I osobiście jest chyba moją jedną z ulubionych książek wszech czasów ;)
Druga pozycja, jest znacznie lżejsza. Jest to zbiór felietonów Jeremy'ego Clarksona, znanego z programu "Top Gear", pod tytułem "Tak jak mówiłem...". Jeremy słynie z kontrowersji i tego też nie brakuje jego felietonom. Są oprószone dużą dawką czarnego humoru i nie tylko, a także sporą dawką dystansu. Mówi o rzeczach osobistych, często codziennych, co go dziwi, irytuje i kręci. Świetna książka w podróż, genialnie mi się sprawdziła w pociągu. Nie raz wybuchałam przy niej śmiechem. Jeśli lubicie sarkazm i ironię, to gnajcie po tą książkę, bo ona jest dla Was. Gorąco polecam! 

Wasza Kavka.


Miłych Wakacji :)





piątek, 23 czerwca 2017

A-Holes of the Galax



    Strażnicy Galaktyki to dla polskich fanów komiksów jedna wielka tajemnica (poza popularnymi filmami i serią Marvel Now!). Ci co interesują samymi filmami wiedzą, że do grupy należą: Star-Lord, Gamora, Drax, Groot i Rocket Racoon, ale pewnie nie wiedzą, że ekipa ta powstała w innym składzie. Tylko na przełomie lat nie była tak popularną serią komiksową, a jej członkowie zmieniali się i zmieniali, i zmieniali (nawet tak, jak w Marvel Now! pojawił się Iron Man w początkach Strażników na kartach komiksu, tak i Kapitan Ameryka pojawił się we wcześniejszych latach tych bohaterów z szemraną przeszłością...może już w powietrzu było czuć Civil War…?).
    Ale zajmijmy się samymi Strażnikami Galaktyki, bo jestem zbyt ciekawski i myślę, że Wy też i chcecie wiedzieć skąd oni się wzięli. Najlepiej będzie (bo nie piszę pracy licencjackiej o Marvelu...ale mam nadzieję, że ta piękna chwila w moim życiu nastanie), żeby opisać pierwszą w historii grupę tych obrońców wszechświata. Pozwólcie, że podam Wam na tacy kawalątek ich dziejów, szczyt wielkiej góry...ah, chwila...muszę do tego pisania włączyć sobie Awesome Mixa...mmm...The Chain...dobrze, zacznijmy więc. Możemy zatopić się w odległe, ale nie najodleglejsze, czasy Marvela.
    
Pierwszy raz Strażnicy Galaktyki pojawili się w 1969 roku na łamach komiksu Marvel Super-Heroes #18. Ich skład do 1975 roku się nie zmieniał (to chyba zasługa wiernych fanatyków wydawcy). A więc ich członkowie z 1969:
  • Major Vance Astro (Major Victor)
  • Charlie-27
  • Martinex
    oraz
  • Yondu - tak, ten Yondu...znaczy Mary Poppins.

    Ważne jest to, że ich historia ma miejsce w wieku XXXI, a więc jesteśmy w przyszłości.

    Major Vance Astro naprawdę nazywa się Vance Astrovik alias Formerly alias Manglin John alias Mahoney alias Major Victory i w ogóle to ma tarczę Kapitana Ameryki. Mniejsza z tym - jego życie to dopiero jest pokręcone. Już wyjaśniam - Vance Astrovik był zwykłym nastolatkiem kiedy to postanowił go odwiedzić...on sam...tylko z przyszłości. Wiem, to dziwne, ale on miał interes...do siebie - nie chciał, żeby wstępował (znaczy ten on młodszy) do programu astronautycznego, bo ten starszy on nie chciał, żeby był Strażnikiem Galaktyki i nie obudził w pełni swojej mocy psionicznej, która i tak objawiła się, w czasie spotkania dwóch Vance’ów, u młodego Vance’a. A tak w ogóle to Vance jest mutantem...bo może! Bo kto mu zabroni?! To, że jego życie już wystarczająco zdziwaczało to nie oznacza w Marvelu, że nie może być jeszcze mutantem, żeby mu ułatwić życie.
A w Strażnikach Galaktyki jest tak jakby odpowiednikiem Star-Lorda. To znaczy na odwrót. Wybaczcie, za dużo tych “ja” z teraźniejszości i “ja” z przyszłości.

    
Ok, lider grupy jest znany. Idźmy dalej - Charlie-27. Charlie-27 pochodzi z Jowisza. Jego ciało jest dziełem bioinżynierii po to, by utrzymać się w atmosferze swej rodzimej planety. W wieku 16 lat dołączył do policji, która została jednak zaatakowana przez inwazję Badoon. Ocalając z inwazji dołączył do Strażników Galaktyki. Taki Drax.

    Martinex - z kolei ten kosmiczny kolega pochodzi z Plutona. I też został Strażnikiem z powodu najazdu Badoon. Jest on także zmodyfikowany genetycznie, co daje mu zdolność rozrzucania gorących płomieni z jednej ręki, a z drugiej przeciwnie - rzuca zimnym promieniem...taki człowiek-kran...Tap-Man...i do tego ładnie błyszczy jakby wymyto go Cifem. Ale dosyć wyśmiewania się, bo tu ciekawostka - możecie go znaleźć w drugiej części filmowych Strażników Galaktyki.

   
 No i przechodzimy do ostatniego pana w tej napakowanej testosteronem grupie, czyli do Yondu. Yondu Udonta to Centaurianin z planety Centaur IV. To plemię jest, powiedziałbym, jak niebiescy Indianie. Mają swoje rytuały, Yondu używa łuku, żyje tylko wśród swoich, zgodnie z naturą. Jego planeta była odcięta od wszechświata dopóki nie nawiedził jej Vance Astro z misją badawczą. I tu pojawiają się znów Badoon. Atakują oni planetę Yondu. Astro zabiera go na swój statek. Uciekają. No i tu dochodzimy do epicentrum mojego wywodu  - do spotkania i połączenia się Strażników Galaktyki. Uciekając z Centaura IV Astro i Yondu zostają schwytani przez Badoon. W niewoli spotykają tam innych więźniów - Martinexa i Charliego-27 ( tym momencie możecie sobie wkleić scenę ucieczki z pierwszej, filmowej części Strażników Galaktyki, gdzie właśnie owa ucieczka spaja ich w tę właśnie grupę).
A więc komiksowi “strażnicy” są już Strażnikami z 1969 roku, uciekają i podróżując po nieziemsko  ogromnej galaktyce próbują zwalczyć Badoon i uratować od nich wszechświat.

    No, więc tak doszliśmy do końca historii pierwszych “A-Holes”. Może nie mają oni aż tak złej i brudnej przeszłości, i z pewnością nie mają Groota (który w tym czasie był duży, zły i nie lubił ludzi - sprawdźcie sobie Tales to Astonish #13 z 1960 roku). 
I mimo, że w pierwotnym składzie Groota nie ma muszę zakończyć ten tekst słowami “We are Groot!”. Pamiętajcie! 

czwartek, 8 czerwca 2017

granie.





W moich poprzednich artykułach pisałem już o tym czym są RPG i jak zacząć mistrzować. Dzisiejszy mój tekst będzie dotyczył graczy.


Bycie graczem, czyli co i czym jeść.
Kiedy już macie nieszczęśnika zwanego mistrzem gry i jakiś jego zamysł na sesje to tutaj zaczyna się droga gracza. Jako nowy gracz będziesz miał pewnie setki „ciekawych” pomysłów na postać. Dam sobie uciąć obie ręce, że będą one ciekawe, ale raczej nie zbyt dobre. Dlatego na początku warto posłuchać mistrza gry i swoich współgraczy. Przedyskutować kto kim będzie chciał grać i odpowiednio się dostosować. Niby fajnie jak każdy zrobi sobie wojownika, ale fajnie będzie do końca pierwszej walki. Rozgnieciecie przeciwnika na miazgę i…. pozdychacie od jątrzących się ran bo nie będzie miał was kto leczyć. Taki argument na zróżnicowanie drużyny według mnie jest idealny.
Kiedy już stworzycie drużynę odpowiednio dostosowaną do przygody, wypieścicie swoje karty postaci, mistrz je zaakceptuje to przychodzi czas kiedy wszyscy zasiadacie do stołu. Mistrz gry opisuje i zadaje kluczowe pytanie „co robicie?’. No i cisza. Pewnie wyrwie się co bardziej odważny i coś tam odpowie, a reszta przytaknie. Większość będzie siedziała z pełnymi gaciami i będą patrzeć na pełni podziwu na tego jednego ziomka, który wysforował się na party leadera. Będziecie się zastanawiać co ma on czego nie macie wy. Spokojnie nie męczcie swoich główek już wam mówię. On ma odwagę, a wy nie do końca. Pierwszą podstawową rzeczą jakiej musi się nauczyć świeży gracz to odwaga do tego żeby mówić. Nikt nie każe wam odwzorowywać głosów swoich postaci i nikt nie będzie od was oczekiwał jakiś umiejętności aktorskich. Macie mówić ładnie, składnie i wyraźnie. Nie ma czegoś takiego, że palniecie głupotę i ktoś będzie się z was śmiał. Wiecie dlaczego? Dlatego, że macie party które jest od siebie zależne. Nikt nie będzie się nabijał z medyka bo nie będzie składał rannych, nikt też nie będzie się nabijał z wojownika bo tutaj reakcja może być nieco szybsza i zwyczajnie wyłapie w kaszkiet, że hapeki spadną mu o połowę.
No dobra pierwsze składne zdanie macie już za sobą. Lekcja druga, czyli wiedzieć kiedy nie mówić. Kiedy już poczujecie swobodę z jaką możecie się wysławiać i to jak wasze słowa wpływają na sesje będziecie gadać jak najęci i to będzie się odbijać na jakości sesji i wskaźniku zdenerwowania mistrza gry. Trzeba wiedzieć kiedy milczeć, a kiedy się odzywać. Najczęstszym problemem jest to, że przerywa się mistrzowi gry w opisach, a później jest płacz i zgrzytanie zębami bo „Ale tam nie było armii goblinów!”. Była tylko nie pozwoliłeś mistrzowi jej opisać, a skoro wiesz lepiej od niego to po co miał szczempić ryja. Drugą skazą na honorze gracza jest przerywanie współgraczowi w jego akcjach. Każdy ma swój czas i każdy może deklarować swoje akcje. Chyba, że jest to jakaś kłótnia czy coś innego i chcecie mieć wpływ na akcję lub po prostu chcecie uciszyć już zdenerwowanego woja żeby nie wpakował was w większe kłopoty.
No dobra mamy już o mówieniu to teraz słuchanie. Słuchać wszystkiego i wszystkich. Skupiać się na tym żeby nie było przypału bo czegoś nie usłyszałeś i teraz cała drużyna płacze nad swoim losem. Ja jako mistrz gry uwielbiam dręczyć graczy takimi właśnie drobnostkami. Stają biedacy w martwym punkcie fabuły i mówią „no ja nie wiem co dalej…” widzę na ich twarzy załamanie i rozpacz. Chwilę delektuje się tym widokiem i mówię „A pamiętasz rozmowę z hrabią?”. Tryby zaczynają trybić bo tryby mają w zwyczaju trybić. Twarz gracza wykrzywia grymas bólu, a ja dokładam kolejne cegiełki. „Mówił o swoich problemach na wschodzie jego włości…”. I olśnienie na twarzy gracza „no tak przecież to było…” dosłownie jak bym słyszał dzieciaka po sprawdzianie w gimbazie. Oczywiście jako zły mistrz gry zabieram coś w zamian za przypomnienie informacji i gracze zdają sobie sprawę z tego żeby słuchać. Warto słuchać nie tylko słów mistrza gry, ale także współgraczy i dźwięków soundtracku jeżeli z takowym gracie. Daje to niezapomniane wrażenia i dosłowne czucie gry.
Takie podstawowe wskazówki pozwolą wam zagrać sesje i to zagrać ją w miarę poprawnie. Jako że nie jestem alfem i betem liczę na to iż podzielicie się jakimiś swoimi doświadczeniami i radami dla świeżaków w świecie erpegów.
Fluffy roll out!

niedziela, 21 maja 2017

Hannibal, a Hannibal



Kierowana fascynacją po obejrzeniu “wszystkich kanonicznych Hannibali” zabrałam się za serial. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że widziałam już wszystkie Hannibale i baaardzo mnie to cieszy. Niestety jeszcze nie udało mi się przeczytać książek więc dzisiejsze rozważania będę opierać wyłącznie na starych filmach z Hopkinsem. O co chodzi? Jaka jest fabuła? Co z Clarice? Jak tam nasz stary i dobry doktor Lecter?? Ciekawi? Zaczynajmy!


“Hannibal” to amerykański serial wyprodukowany przez stację NBC, a swoją premierę miał w kwietniu 2013 roku. Oczywiście bazuje na dziełach Thomasa Harrisa oraz 4 filmach z naszym ukochanym Anthonym Hopkinsem :) Fani filmów będą zachwyceni “smaczkami” jakie przygotował dla nich Bryan Fuller, pomimo tego, że fabuła jest niemożliwie odmienna od “starych hannibali”.
Przede wszystkim w serialu nie ma żadnej Clarice! Tak, dobrze czytacie. Historia  toczy się wokół związku Willa Grahama z Hannibalem Lecterem. Muszę przyznać, że Hugh Dancy stworzył niesamowitą kreację postaci Willa. Kupił mnie całkowicie! ( pfff Sharky ty sprzedajna dziewucho! Przecież ten Hannibal to całkowicie co innego niż oryginał! Jak możesz?!..... OW shuudup! ) Dlaczego? W tej serii to nasz główny bohater, który jako agent FBI wraca do pracy w terenie po załamaniu psychicznym. Pamiętacie? W “Red Dragonie”  była podobna sytuacja- Will wracał do pracy po załamaniu, które wywołał u niego atak przez Lectera ;) Serial kreuje postać Grahama jako niezwykle empatycznego człowieka, który potrafi w jednej chwili “stać się mordercą” i odtworzyć wszystkie jego myśli i uczucia. Jest doskonałym profilerem, przeraża go to, że tak dobrze rozumie i “czuje”, że nie ocenia sprawców... doktor Lecter natomiast jest jedynie jego psychiatrą ( jest o wiele gorszy od Willa jeśli chodzi o tworzenie profili psychologicznych).  Graham potrzebuje psychiatry- tak uważa Jack Crawford, szef jednostki FBI i wysyła go do Hannibala. Rozmowy z doktorem mają na celu ustabilizowanie psychiczne naszego bohatera.
Ale co tu się dzieje?! Niezwykle- moim zdaniem- pociągający Hannibal Lecter grany przez Madsa Mikkelsena ( Sprzedałabyś temu diabłu duszę, Sharky =____=)  nie był wcale postacią, którą od początku polubiłam. Przyznam, że w serialu nie ma ŻADNEJ postaci, która jest “czarna” lub “biała”. Każda jest paletą pięknych szarości, w której często dominują ciemniejsze walory. Will Graham - budzi w sobie morderczy instynkt, Hannibal Lecter- sami wiecie jaki jest jego sekret, chce pomóc przyjacielowi jednocześnie doprowadzając go na skraj i wplątując w poważne zaburzenia psychiczne, Jack Crawford - dobry agent, który jednak wykorzystuje Willa z pełną świadomością niebezpieczeństwa jakie na niego sprowadza, Alana Bloom- dobra przyjaciółka Willa, a nawet w pewnym momencie prawie dziewczyna ma swoje brudne metody i zrobi wszystko dla swojego szczęścia.
Moim zdaniem seria biegnie własnym torem, unika archetypicznych postaci, typowych zagrań i prostego przekazu. Jakie uczucia kierują Lecterem? Co czuje do Willa? (Unikaj yaoistycznych myśli, Sharky! Przestań natychmiast!). 3 sezony Hannibala to prawdziwy rollercoster zdarzeń i emocji! Gdy już poczujesz się pewniej, przyspieszy i obróci się o 180 stopni, albo zacznie spadać z zawrotną szybkością!
Co więcej, Hannibal ma swojego własnego psychiatrę! Jest to Bedelia Du Maurier grana przez moją ukochaną Gillian Anderson. Tej postaci także towarzyszy nietypowy “plot twist”, a jej historia (mimo, że zawarta w 5 odcinkach) i relacja z Lecterem jest bardzo ciekawa. Spróbuję Was poruszyć informacją, że Bedelia ma nietypową dietę, którą stosuje na niej jej pacjent i przyjaciel;)
Oczywiście Hannibal jest doskonałym kucharzem, który wybiera swoje “mięso” na podstawie książki z wizytówkami. “ Czy to nie dziwne, że po każdym morderstwie Hannibal wydaje kolację?”- Frederick Chilton wypowiada te słowa do Jacka Crawforda kiedy łączy wątki znikania organów u ofiar i przyjęć organizowanych przez Lectera. W końcu znikają tylko te, z których można coś ugotować ;)
Już wspominałam o “smaczkach”, które są łatwe do wyłapania przez oglądających filmy z Hopkinsem. Ja miałam niezwykłą frajdę z takich drobnostek jak karmienie świń mięsnym manekinem przy odgłosach krzyków, czy jakże ikoniczne morderstwo Pazziego ;)  Takich rzeczy jest tam więcej.
Sam Hannibal jest dla mnie bardzo romantycznym i tajemniczym człowiekiem. Owszem w piwnicy trzyma ludzkie mięso i organy, ale potrafi zadbać o swoją kobietę, zawsze zrobi tak żeby Will go odnalazł i jest beznadziejnie sentymentalny. Swoją drogą jest przykładem człowiek renesansu- tutaj szczególnie zachwycają mnie jego zdolności artystyczne, muzyczne, kulinarne i filologiczne. Ahhh...ci socjopaci i psychopaci… A Will? Ma strasznie dużo psów i brak szczęścia w miłości….chociaż...final episode ukazuje nam najprawdziwszą naturę jego uczuć, a przeznaczenie....cóż nie da się przed nim uciec. Bardzo niepokojące podczas oglądania jest to, że Graham widzi prawdziwą duszę Lectera. Często śni o Hannibalu jako czarnej postaci z ogromnymi rogami jelenia. Przerażające.
Fabuła doporwadza nas na skraj wytrzymałości, kiedy dochodzi do próby zamordowania Willa przez Lectera, czy też na odwrót. Panowie, ile razy mieliście umrzeć?! Ile razy już byliście więcej niż jedną nogą na drugim świecie?  ( tutaj smaczek a propos jedzenia mózgu i kolacji z Clarice) Ile razy mieliście okazję się zabić?! Ostrzegałam, rollercoster!
Nie pisałam tego artykułu na świeżo, ale po jego napisaniu mam ochotę obejrzeć “Hannibala” od początku. Wy też się za niego weźcie, bo dostarcza niezapomnianych przeżyć. Skłania także do refleksji nad tym co tak naprawdę skrywa się w naszych ciemniejszych walorowo szarościach. Ah na samą myśl mam gęsią skórkę! Wiem, że piszę krótko, ale uwierzcie, że chciałabym Wam napisać o wszystkim, a nie lubię psuć innym zabawy. To naprawdę niezła jazda odnajdywać się w tej fabularnej i psychologicznej plątaninie dr. Lectera. Obejrzyjcie to razem się pozachwycamy! ^^  Do dzieła!

~Sharky



wtorek, 16 maja 2017

Kamień z serca...


Hej...

pomyślałam, że napiszę dzisiaj coś odnośnie mojego dzisiejszego dnia. Na wstępie to mam takie przemyślenie, że chciałabym was jakoś nazwać (tak wiem, to brzmi bardzo nie fajnie). W sensie...chodzi mi o to, że chciałabym was móc się jakoś zwracać, do grupy ludzi, których interesuje to co tu bazgram od czasu do czasu. Może, hmm pomyślmy...Japonki? XD
Dobra dzisiaj jestem kiepska w wymyślaniu nazw, dla czytelników. Co poradzić. Jak macie jakieś propozycje rzucajcie śmiało :)

Ale przechodząc do rzeczy, o czym chciałam się z wami podzielić. Już wam mówię. Otóż: Zawsze mówcie co wam leży na wątrobie. Jestem osobą, która stara się żyć ze wszystkimi w dobrych kontaktach, nie chcę bez powodu wchodzić w jakieś nie mające sensu dyskusje. Mam też tak, że ciśnie mi się coś na język, ale bardzo często tego nie mówię. (Nie licząc mojego taty, ale to już kwestia charakterów). Żyję sobie w mieszkaniu które wynajmuję dwójce ludzi. Pani "X" I Panu "Y"


Pani "X"...co tu dużo mówić, nie lubię jej, i mimo, że zaczęłam chodzić do kościoła, szukam kolorowych barw w życiu...to jak patrze na nią widzę jedną, wielką, szarą plamę. Nie potrafimy w ogóle się dogadać, ale jak to ja...jest dla mnie obcą osobą, to bardzo często mimo, że coś mi nie pasuje w jej zachowaniu, to tego nie mówię. A teraz wiem, że już powinnam.


W końcu dzielisz z tym człowiekiem pewną powierzchnię kwadratową i wypadało by się jakoś tolerować, ja nie mówię o wielkiej przyjaźni, ale żyć na zasadzie symbiozy. Chodź czasami nawet trudno o to. Bardzo często myślę, że jest kłamliwa, aspołeczna (zamyka się cały czas w pokoju) i jest totalną bałaganiarą. Serio jeżeli myślicie, że to wy jesteście mistrzami w panowaniu nad chaosem, to mogę śmiało stwierdzić, że jesteście po jasnej stronie mocy.


Bardzo gryzło mnie to, że robi coś czego nie powinna, nie będę podawała przykładów, ale ja nigdy nie mówiłam jej o tym wprost, zawsze myślałam...to pewnie jednorazowe, a jak zrobi to ponownie to wtedy jej powiem. Minęło trochę czasu, zrobiła ową przecz ponownie, a ja zatoczyłam koło. Ale dzisiaj pękłam.


Nie wiem czy to za sprawą kiepskiego dnia, kolokwium z anatomii, gdzie wykładowca typowo uwziął się na mnie, czy po prostu kiepskiego humoru...ale byłam jak bomba zegarowa. I uwierzcie wystarczył jeden głupi wacik kosmetyczny, żebym wybuchła. Powiedziałam jej, że bardzo mnie to denerwuje, co robi, prosiłam, zwracałam uwagi (kiedyś coś napomknęłam..wow odezwałam się wtedy) a ona nadal swoje. I wiecie co? Jej ton odpowiedzi doprowadził mnie do szału, taki olewający drugą osobę, ale najgorsze było to że poprosiłam ją by naprawiła swoje zachowanie, weszłam do swojego pokoju, wyszłam do kuchni...a ona zrobiła mi po złości i powtórzyła swoje zachowanie...



JA WIEM NIE MACIE POJĘCIA O CO CHODZI, ALE MUSZĘ SIĘ WYŻALIĆ I W PEWIEN SPOSÓB PRZEKAZAĆ WAM MORAŁ, ALE NIE WIEM CZY MI WYJDZIE...

Wtedy stwierdziłam, że polecę po całości i powiem wszystko co mi leżało na sercu w stosunku do jej osoby. Nie interesowało mnie, to powiem wam szczerze, jak ona będzie się czuła. Ale mimo wszystko starałam to przekazać ze spokojem i szacunkiem...(a było trudno).

I weszłam do pokoju, powiedziałam wszystko co leżało mi na sercu, nie tłamsiłam się w sobie, nie zataczałam koła po raz kolejny. JAKA ULGA!

Także jaki morał?

Nie warto tłamsić w sobie uczuć, i głosu...bo tak naprawdę jak się nie odezwiemy ta druga osoba nigdy nie dowie się, że nam coś nie pasuje, albo pasuje (w zależności od sytuacji). Poczujcie się lekko, ale pamiętajcie, TOLERANCJA PRZEDE WSZYSTKIM!

Dziękuję, że chciało ci się to czytać. Miłego dnia/poranka/wieczoru.
TRZYMAJCIE SIĘ JAPONKI :3
                       
                                                                 Ev.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka