piątek, 23 czerwca 2017

A-Holes of the Galax



    Strażnicy Galaktyki to dla polskich fanów komiksów jedna wielka tajemnica (poza popularnymi filmami i serią Marvel Now!). Ci co interesują samymi filmami wiedzą, że do grupy należą: Star-Lord, Gamora, Drax, Groot i Rocket Racoon, ale pewnie nie wiedzą, że ekipa ta powstała w innym składzie. Tylko na przełomie lat nie była tak popularną serią komiksową, a jej członkowie zmieniali się i zmieniali, i zmieniali (nawet tak, jak w Marvel Now! pojawił się Iron Man w początkach Strażników na kartach komiksu, tak i Kapitan Ameryka pojawił się we wcześniejszych latach tych bohaterów z szemraną przeszłością...może już w powietrzu było czuć Civil War…?).
    Ale zajmijmy się samymi Strażnikami Galaktyki, bo jestem zbyt ciekawski i myślę, że Wy też i chcecie wiedzieć skąd oni się wzięli. Najlepiej będzie (bo nie piszę pracy licencjackiej o Marvelu...ale mam nadzieję, że ta piękna chwila w moim życiu nastanie), żeby opisać pierwszą w historii grupę tych obrońców wszechświata. Pozwólcie, że podam Wam na tacy kawalątek ich dziejów, szczyt wielkiej góry...ah, chwila...muszę do tego pisania włączyć sobie Awesome Mixa...mmm...The Chain...dobrze, zacznijmy więc. Możemy zatopić się w odległe, ale nie najodleglejsze, czasy Marvela.
    
Pierwszy raz Strażnicy Galaktyki pojawili się w 1969 roku na łamach komiksu Marvel Super-Heroes #18. Ich skład do 1975 roku się nie zmieniał (to chyba zasługa wiernych fanatyków wydawcy). A więc ich członkowie z 1969:
  • Major Vance Astro (Major Victor)
  • Charlie-27
  • Martinex
    oraz
  • Yondu - tak, ten Yondu...znaczy Mary Poppins.

    Ważne jest to, że ich historia ma miejsce w wieku XXXI, a więc jesteśmy w przyszłości.

    Major Vance Astro naprawdę nazywa się Vance Astrovik alias Formerly alias Manglin John alias Mahoney alias Major Victory i w ogóle to ma tarczę Kapitana Ameryki. Mniejsza z tym - jego życie to dopiero jest pokręcone. Już wyjaśniam - Vance Astrovik był zwykłym nastolatkiem kiedy to postanowił go odwiedzić...on sam...tylko z przyszłości. Wiem, to dziwne, ale on miał interes...do siebie - nie chciał, żeby wstępował (znaczy ten on młodszy) do programu astronautycznego, bo ten starszy on nie chciał, żeby był Strażnikiem Galaktyki i nie obudził w pełni swojej mocy psionicznej, która i tak objawiła się, w czasie spotkania dwóch Vance’ów, u młodego Vance’a. A tak w ogóle to Vance jest mutantem...bo może! Bo kto mu zabroni?! To, że jego życie już wystarczająco zdziwaczało to nie oznacza w Marvelu, że nie może być jeszcze mutantem, żeby mu ułatwić życie.
A w Strażnikach Galaktyki jest tak jakby odpowiednikiem Star-Lorda. To znaczy na odwrót. Wybaczcie, za dużo tych “ja” z teraźniejszości i “ja” z przyszłości.

    
Ok, lider grupy jest znany. Idźmy dalej - Charlie-27. Charlie-27 pochodzi z Jowisza. Jego ciało jest dziełem bioinżynierii po to, by utrzymać się w atmosferze swej rodzimej planety. W wieku 16 lat dołączył do policji, która została jednak zaatakowana przez inwazję Badoon. Ocalając z inwazji dołączył do Strażników Galaktyki. Taki Drax.

    Martinex - z kolei ten kosmiczny kolega pochodzi z Plutona. I też został Strażnikiem z powodu najazdu Badoon. Jest on także zmodyfikowany genetycznie, co daje mu zdolność rozrzucania gorących płomieni z jednej ręki, a z drugiej przeciwnie - rzuca zimnym promieniem...taki człowiek-kran...Tap-Man...i do tego ładnie błyszczy jakby wymyto go Cifem. Ale dosyć wyśmiewania się, bo tu ciekawostka - możecie go znaleźć w drugiej części filmowych Strażników Galaktyki.

   
 No i przechodzimy do ostatniego pana w tej napakowanej testosteronem grupie, czyli do Yondu. Yondu Udonta to Centaurianin z planety Centaur IV. To plemię jest, powiedziałbym, jak niebiescy Indianie. Mają swoje rytuały, Yondu używa łuku, żyje tylko wśród swoich, zgodnie z naturą. Jego planeta była odcięta od wszechświata dopóki nie nawiedził jej Vance Astro z misją badawczą. I tu pojawiają się znów Badoon. Atakują oni planetę Yondu. Astro zabiera go na swój statek. Uciekają. No i tu dochodzimy do epicentrum mojego wywodu  - do spotkania i połączenia się Strażników Galaktyki. Uciekając z Centaura IV Astro i Yondu zostają schwytani przez Badoon. W niewoli spotykają tam innych więźniów - Martinexa i Charliego-27 ( tym momencie możecie sobie wkleić scenę ucieczki z pierwszej, filmowej części Strażników Galaktyki, gdzie właśnie owa ucieczka spaja ich w tę właśnie grupę).
A więc komiksowi “strażnicy” są już Strażnikami z 1969 roku, uciekają i podróżując po nieziemsko  ogromnej galaktyce próbują zwalczyć Badoon i uratować od nich wszechświat.

    No, więc tak doszliśmy do końca historii pierwszych “A-Holes”. Może nie mają oni aż tak złej i brudnej przeszłości, i z pewnością nie mają Groota (który w tym czasie był duży, zły i nie lubił ludzi - sprawdźcie sobie Tales to Astonish #13 z 1960 roku). 
I mimo, że w pierwotnym składzie Groota nie ma muszę zakończyć ten tekst słowami “We are Groot!”. Pamiętajcie! 

czwartek, 8 czerwca 2017

granie.





W moich poprzednich artykułach pisałem już o tym czym są RPG i jak zacząć mistrzować. Dzisiejszy mój tekst będzie dotyczył graczy.


Bycie graczem, czyli co i czym jeść.
Kiedy już macie nieszczęśnika zwanego mistrzem gry i jakiś jego zamysł na sesje to tutaj zaczyna się droga gracza. Jako nowy gracz będziesz miał pewnie setki „ciekawych” pomysłów na postać. Dam sobie uciąć obie ręce, że będą one ciekawe, ale raczej nie zbyt dobre. Dlatego na początku warto posłuchać mistrza gry i swoich współgraczy. Przedyskutować kto kim będzie chciał grać i odpowiednio się dostosować. Niby fajnie jak każdy zrobi sobie wojownika, ale fajnie będzie do końca pierwszej walki. Rozgnieciecie przeciwnika na miazgę i…. pozdychacie od jątrzących się ran bo nie będzie miał was kto leczyć. Taki argument na zróżnicowanie drużyny według mnie jest idealny.
Kiedy już stworzycie drużynę odpowiednio dostosowaną do przygody, wypieścicie swoje karty postaci, mistrz je zaakceptuje to przychodzi czas kiedy wszyscy zasiadacie do stołu. Mistrz gry opisuje i zadaje kluczowe pytanie „co robicie?’. No i cisza. Pewnie wyrwie się co bardziej odważny i coś tam odpowie, a reszta przytaknie. Większość będzie siedziała z pełnymi gaciami i będą patrzeć na pełni podziwu na tego jednego ziomka, który wysforował się na party leadera. Będziecie się zastanawiać co ma on czego nie macie wy. Spokojnie nie męczcie swoich główek już wam mówię. On ma odwagę, a wy nie do końca. Pierwszą podstawową rzeczą jakiej musi się nauczyć świeży gracz to odwaga do tego żeby mówić. Nikt nie każe wam odwzorowywać głosów swoich postaci i nikt nie będzie od was oczekiwał jakiś umiejętności aktorskich. Macie mówić ładnie, składnie i wyraźnie. Nie ma czegoś takiego, że palniecie głupotę i ktoś będzie się z was śmiał. Wiecie dlaczego? Dlatego, że macie party które jest od siebie zależne. Nikt nie będzie się nabijał z medyka bo nie będzie składał rannych, nikt też nie będzie się nabijał z wojownika bo tutaj reakcja może być nieco szybsza i zwyczajnie wyłapie w kaszkiet, że hapeki spadną mu o połowę.
No dobra pierwsze składne zdanie macie już za sobą. Lekcja druga, czyli wiedzieć kiedy nie mówić. Kiedy już poczujecie swobodę z jaką możecie się wysławiać i to jak wasze słowa wpływają na sesje będziecie gadać jak najęci i to będzie się odbijać na jakości sesji i wskaźniku zdenerwowania mistrza gry. Trzeba wiedzieć kiedy milczeć, a kiedy się odzywać. Najczęstszym problemem jest to, że przerywa się mistrzowi gry w opisach, a później jest płacz i zgrzytanie zębami bo „Ale tam nie było armii goblinów!”. Była tylko nie pozwoliłeś mistrzowi jej opisać, a skoro wiesz lepiej od niego to po co miał szczempić ryja. Drugą skazą na honorze gracza jest przerywanie współgraczowi w jego akcjach. Każdy ma swój czas i każdy może deklarować swoje akcje. Chyba, że jest to jakaś kłótnia czy coś innego i chcecie mieć wpływ na akcję lub po prostu chcecie uciszyć już zdenerwowanego woja żeby nie wpakował was w większe kłopoty.
No dobra mamy już o mówieniu to teraz słuchanie. Słuchać wszystkiego i wszystkich. Skupiać się na tym żeby nie było przypału bo czegoś nie usłyszałeś i teraz cała drużyna płacze nad swoim losem. Ja jako mistrz gry uwielbiam dręczyć graczy takimi właśnie drobnostkami. Stają biedacy w martwym punkcie fabuły i mówią „no ja nie wiem co dalej…” widzę na ich twarzy załamanie i rozpacz. Chwilę delektuje się tym widokiem i mówię „A pamiętasz rozmowę z hrabią?”. Tryby zaczynają trybić bo tryby mają w zwyczaju trybić. Twarz gracza wykrzywia grymas bólu, a ja dokładam kolejne cegiełki. „Mówił o swoich problemach na wschodzie jego włości…”. I olśnienie na twarzy gracza „no tak przecież to było…” dosłownie jak bym słyszał dzieciaka po sprawdzianie w gimbazie. Oczywiście jako zły mistrz gry zabieram coś w zamian za przypomnienie informacji i gracze zdają sobie sprawę z tego żeby słuchać. Warto słuchać nie tylko słów mistrza gry, ale także współgraczy i dźwięków soundtracku jeżeli z takowym gracie. Daje to niezapomniane wrażenia i dosłowne czucie gry.
Takie podstawowe wskazówki pozwolą wam zagrać sesje i to zagrać ją w miarę poprawnie. Jako że nie jestem alfem i betem liczę na to iż podzielicie się jakimiś swoimi doświadczeniami i radami dla świeżaków w świecie erpegów.
Fluffy roll out!

niedziela, 21 maja 2017

Hannibal, a Hannibal



Kierowana fascynacją po obejrzeniu “wszystkich kanonicznych Hannibali” zabrałam się za serial. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że widziałam już wszystkie Hannibale i baaardzo mnie to cieszy. Niestety jeszcze nie udało mi się przeczytać książek więc dzisiejsze rozważania będę opierać wyłącznie na starych filmach z Hopkinsem. O co chodzi? Jaka jest fabuła? Co z Clarice? Jak tam nasz stary i dobry doktor Lecter?? Ciekawi? Zaczynajmy!


“Hannibal” to amerykański serial wyprodukowany przez stację NBC, a swoją premierę miał w kwietniu 2013 roku. Oczywiście bazuje na dziełach Thomasa Harrisa oraz 4 filmach z naszym ukochanym Anthonym Hopkinsem :) Fani filmów będą zachwyceni “smaczkami” jakie przygotował dla nich Bryan Fuller, pomimo tego, że fabuła jest niemożliwie odmienna od “starych hannibali”.
Przede wszystkim w serialu nie ma żadnej Clarice! Tak, dobrze czytacie. Historia  toczy się wokół związku Willa Grahama z Hannibalem Lecterem. Muszę przyznać, że Hugh Dancy stworzył niesamowitą kreację postaci Willa. Kupił mnie całkowicie! ( pfff Sharky ty sprzedajna dziewucho! Przecież ten Hannibal to całkowicie co innego niż oryginał! Jak możesz?!..... OW shuudup! ) Dlaczego? W tej serii to nasz główny bohater, który jako agent FBI wraca do pracy w terenie po załamaniu psychicznym. Pamiętacie? W “Red Dragonie”  była podobna sytuacja- Will wracał do pracy po załamaniu, które wywołał u niego atak przez Lectera ;) Serial kreuje postać Grahama jako niezwykle empatycznego człowieka, który potrafi w jednej chwili “stać się mordercą” i odtworzyć wszystkie jego myśli i uczucia. Jest doskonałym profilerem, przeraża go to, że tak dobrze rozumie i “czuje”, że nie ocenia sprawców... doktor Lecter natomiast jest jedynie jego psychiatrą ( jest o wiele gorszy od Willa jeśli chodzi o tworzenie profili psychologicznych).  Graham potrzebuje psychiatry- tak uważa Jack Crawford, szef jednostki FBI i wysyła go do Hannibala. Rozmowy z doktorem mają na celu ustabilizowanie psychiczne naszego bohatera.
Ale co tu się dzieje?! Niezwykle- moim zdaniem- pociągający Hannibal Lecter grany przez Madsa Mikkelsena ( Sprzedałabyś temu diabłu duszę, Sharky =____=)  nie był wcale postacią, którą od początku polubiłam. Przyznam, że w serialu nie ma ŻADNEJ postaci, która jest “czarna” lub “biała”. Każda jest paletą pięknych szarości, w której często dominują ciemniejsze walory. Will Graham - budzi w sobie morderczy instynkt, Hannibal Lecter- sami wiecie jaki jest jego sekret, chce pomóc przyjacielowi jednocześnie doprowadzając go na skraj i wplątując w poważne zaburzenia psychiczne, Jack Crawford - dobry agent, który jednak wykorzystuje Willa z pełną świadomością niebezpieczeństwa jakie na niego sprowadza, Alana Bloom- dobra przyjaciółka Willa, a nawet w pewnym momencie prawie dziewczyna ma swoje brudne metody i zrobi wszystko dla swojego szczęścia.
Moim zdaniem seria biegnie własnym torem, unika archetypicznych postaci, typowych zagrań i prostego przekazu. Jakie uczucia kierują Lecterem? Co czuje do Willa? (Unikaj yaoistycznych myśli, Sharky! Przestań natychmiast!). 3 sezony Hannibala to prawdziwy rollercoster zdarzeń i emocji! Gdy już poczujesz się pewniej, przyspieszy i obróci się o 180 stopni, albo zacznie spadać z zawrotną szybkością!
Co więcej, Hannibal ma swojego własnego psychiatrę! Jest to Bedelia Du Maurier grana przez moją ukochaną Gillian Anderson. Tej postaci także towarzyszy nietypowy “plot twist”, a jej historia (mimo, że zawarta w 5 odcinkach) i relacja z Lecterem jest bardzo ciekawa. Spróbuję Was poruszyć informacją, że Bedelia ma nietypową dietę, którą stosuje na niej jej pacjent i przyjaciel;)
Oczywiście Hannibal jest doskonałym kucharzem, który wybiera swoje “mięso” na podstawie książki z wizytówkami. “ Czy to nie dziwne, że po każdym morderstwie Hannibal wydaje kolację?”- Frederick Chilton wypowiada te słowa do Jacka Crawforda kiedy łączy wątki znikania organów u ofiar i przyjęć organizowanych przez Lectera. W końcu znikają tylko te, z których można coś ugotować ;)
Już wspominałam o “smaczkach”, które są łatwe do wyłapania przez oglądających filmy z Hopkinsem. Ja miałam niezwykłą frajdę z takich drobnostek jak karmienie świń mięsnym manekinem przy odgłosach krzyków, czy jakże ikoniczne morderstwo Pazziego ;)  Takich rzeczy jest tam więcej.
Sam Hannibal jest dla mnie bardzo romantycznym i tajemniczym człowiekiem. Owszem w piwnicy trzyma ludzkie mięso i organy, ale potrafi zadbać o swoją kobietę, zawsze zrobi tak żeby Will go odnalazł i jest beznadziejnie sentymentalny. Swoją drogą jest przykładem człowiek renesansu- tutaj szczególnie zachwycają mnie jego zdolności artystyczne, muzyczne, kulinarne i filologiczne. Ahhh...ci socjopaci i psychopaci… A Will? Ma strasznie dużo psów i brak szczęścia w miłości….chociaż...final episode ukazuje nam najprawdziwszą naturę jego uczuć, a przeznaczenie....cóż nie da się przed nim uciec. Bardzo niepokojące podczas oglądania jest to, że Graham widzi prawdziwą duszę Lectera. Często śni o Hannibalu jako czarnej postaci z ogromnymi rogami jelenia. Przerażające.
Fabuła doporwadza nas na skraj wytrzymałości, kiedy dochodzi do próby zamordowania Willa przez Lectera, czy też na odwrót. Panowie, ile razy mieliście umrzeć?! Ile razy już byliście więcej niż jedną nogą na drugim świecie?  ( tutaj smaczek a propos jedzenia mózgu i kolacji z Clarice) Ile razy mieliście okazję się zabić?! Ostrzegałam, rollercoster!
Nie pisałam tego artykułu na świeżo, ale po jego napisaniu mam ochotę obejrzeć “Hannibala” od początku. Wy też się za niego weźcie, bo dostarcza niezapomnianych przeżyć. Skłania także do refleksji nad tym co tak naprawdę skrywa się w naszych ciemniejszych walorowo szarościach. Ah na samą myśl mam gęsią skórkę! Wiem, że piszę krótko, ale uwierzcie, że chciałabym Wam napisać o wszystkim, a nie lubię psuć innym zabawy. To naprawdę niezła jazda odnajdywać się w tej fabularnej i psychologicznej plątaninie dr. Lectera. Obejrzyjcie to razem się pozachwycamy! ^^  Do dzieła!

~Sharky



wtorek, 16 maja 2017

Kamień z serca...


Hej...

pomyślałam, że napiszę dzisiaj coś odnośnie mojego dzisiejszego dnia. Na wstępie to mam takie przemyślenie, że chciałabym was jakoś nazwać (tak wiem, to brzmi bardzo nie fajnie). W sensie...chodzi mi o to, że chciałabym was móc się jakoś zwracać, do grupy ludzi, których interesuje to co tu bazgram od czasu do czasu. Może, hmm pomyślmy...Japonki? XD
Dobra dzisiaj jestem kiepska w wymyślaniu nazw, dla czytelników. Co poradzić. Jak macie jakieś propozycje rzucajcie śmiało :)

Ale przechodząc do rzeczy, o czym chciałam się z wami podzielić. Już wam mówię. Otóż: Zawsze mówcie co wam leży na wątrobie. Jestem osobą, która stara się żyć ze wszystkimi w dobrych kontaktach, nie chcę bez powodu wchodzić w jakieś nie mające sensu dyskusje. Mam też tak, że ciśnie mi się coś na język, ale bardzo często tego nie mówię. (Nie licząc mojego taty, ale to już kwestia charakterów). Żyję sobie w mieszkaniu które wynajmuję dwójce ludzi. Pani "X" I Panu "Y"


Pani "X"...co tu dużo mówić, nie lubię jej, i mimo, że zaczęłam chodzić do kościoła, szukam kolorowych barw w życiu...to jak patrze na nią widzę jedną, wielką, szarą plamę. Nie potrafimy w ogóle się dogadać, ale jak to ja...jest dla mnie obcą osobą, to bardzo często mimo, że coś mi nie pasuje w jej zachowaniu, to tego nie mówię. A teraz wiem, że już powinnam.


W końcu dzielisz z tym człowiekiem pewną powierzchnię kwadratową i wypadało by się jakoś tolerować, ja nie mówię o wielkiej przyjaźni, ale żyć na zasadzie symbiozy. Chodź czasami nawet trudno o to. Bardzo często myślę, że jest kłamliwa, aspołeczna (zamyka się cały czas w pokoju) i jest totalną bałaganiarą. Serio jeżeli myślicie, że to wy jesteście mistrzami w panowaniu nad chaosem, to mogę śmiało stwierdzić, że jesteście po jasnej stronie mocy.


Bardzo gryzło mnie to, że robi coś czego nie powinna, nie będę podawała przykładów, ale ja nigdy nie mówiłam jej o tym wprost, zawsze myślałam...to pewnie jednorazowe, a jak zrobi to ponownie to wtedy jej powiem. Minęło trochę czasu, zrobiła ową przecz ponownie, a ja zatoczyłam koło. Ale dzisiaj pękłam.


Nie wiem czy to za sprawą kiepskiego dnia, kolokwium z anatomii, gdzie wykładowca typowo uwziął się na mnie, czy po prostu kiepskiego humoru...ale byłam jak bomba zegarowa. I uwierzcie wystarczył jeden głupi wacik kosmetyczny, żebym wybuchła. Powiedziałam jej, że bardzo mnie to denerwuje, co robi, prosiłam, zwracałam uwagi (kiedyś coś napomknęłam..wow odezwałam się wtedy) a ona nadal swoje. I wiecie co? Jej ton odpowiedzi doprowadził mnie do szału, taki olewający drugą osobę, ale najgorsze było to że poprosiłam ją by naprawiła swoje zachowanie, weszłam do swojego pokoju, wyszłam do kuchni...a ona zrobiła mi po złości i powtórzyła swoje zachowanie...



JA WIEM NIE MACIE POJĘCIA O CO CHODZI, ALE MUSZĘ SIĘ WYŻALIĆ I W PEWIEN SPOSÓB PRZEKAZAĆ WAM MORAŁ, ALE NIE WIEM CZY MI WYJDZIE...

Wtedy stwierdziłam, że polecę po całości i powiem wszystko co mi leżało na sercu w stosunku do jej osoby. Nie interesowało mnie, to powiem wam szczerze, jak ona będzie się czuła. Ale mimo wszystko starałam to przekazać ze spokojem i szacunkiem...(a było trudno).

I weszłam do pokoju, powiedziałam wszystko co leżało mi na sercu, nie tłamsiłam się w sobie, nie zataczałam koła po raz kolejny. JAKA ULGA!

Także jaki morał?

Nie warto tłamsić w sobie uczuć, i głosu...bo tak naprawdę jak się nie odezwiemy ta druga osoba nigdy nie dowie się, że nam coś nie pasuje, albo pasuje (w zależności od sytuacji). Poczujcie się lekko, ale pamiętajcie, TOLERANCJA PRZEDE WSZYSTKIM!

Dziękuję, że chciało ci się to czytać. Miłego dnia/poranka/wieczoru.
TRZYMAJCIE SIĘ JAPONKI :3
                       
                                                                 Ev.

piątek, 12 maja 2017

Alien. Covenant - Zapowiedź

Zapowiedź. 


Dziś w Polsce odbędzie się premiera "Obcy. Przymierze", sequela "Prometeusza" i kolejna już część z serii. Za kamerą znów stanął Ridley Scott, twórca pamiętnego Ósmego pasażera Nostromo. Gdy pierwszy raz usłyszałam o planach powstania nowej części byłam z jednej strony zachwycona, jako fanka znanego wszystkim Ksenomorfa jak i samego Ridleya. Cieszyłam się z faktu, że Scott znów stanie za sterami i może poprowadzi tą serie, do jakiegoś punktu. Z drugiej jednak strony mam pewne obawy, zwłaszcza gdy na myśl przywołam "Prometeusza".  Uważam że, od tego filmu sporo będzie zależeć ponieważ, Ridley już zapowiedział powstanie na pewno jednej lub dwóch części (wcześniej w mediach huczało o aż 5!). Jeśli ten film odniesie sukces, ludzie pójdą na kolejne, czekając z niecierpliwością, co jeszcze się wydarzy. Jeśli jednak reżyser przesadzi, jak w przypadku prequela, to sądzę, że szybko przyjdzie koniec tej krwawej bajki, a na następnej premierze pojawią się już nie nowi widzowie tylko ci najwierniejsi fani serii, którzy po prostu będą chcieli dla spokoju obejrzeć koniec serii trwającej od lat 70. Chodzą słuchy, jakoby nowy "Alien" miał być mieszanką pierwszej części serii oraz "Prometeusza". Jeśli faktycznie tak jest, to spodziewam się rehabilitacji Obcego.
Pierwsze recenzje już się pojawiły na angielskich portalach i są dość pozytywne, jednak z małym "ale".
I choć sama mam mieszane uczucia, z pewnością nie odpuszczę sobie seansu. 
Trzymam kciuki.


P.S: Jest to pierwszy mój artykuł odnośnie nowego Aliena, już niedługo przekaże Wam kolejną część. 
Pozdrawiam. 
Kavka.

sobota, 28 stycznia 2017

Słów kilka o mistrzu gry


Jak już znaleźliście sobie ekipę do pogrania w rolpleja i ogarnęliście w co chcecie grać to zawsze z takiej grupy metodą eliminacji wybiera się nieszczęśnika będącego mistrzem gry. Tak taka osoba ma wielkiego pecha i mówię to jako ktoś kto już parę lat siedzi w tym pseudozawodzie.


Pierwsza myśl “Ej w sumie spoko... to nie musi być takie trudne.”

No to bierzemy się za podręcznik. Taka menda ma około 300 stron. Nie przejmuj się nie musisz na początek czytać wszystkiego… wystarczy tylko jakieś no nie wiem może ze 250?
Ale tak serio musisz zapoznać się z mechaniką systemu. Dobrym posunięciem jest przeczytanie tworzenia postaci i stworzenie jednej lub dwóch przykładowych. No ale po co mnie to jak ja mam prowadzić? A no po to że twoi gracze będą mieli miliardy pomysłów kompletnie od czapy i może jeden lub dwóch zagłębi się w lekturę i coś z niej wyniosą. Pozostali będą błądzili jak dzieci we mgle i twoim zadaniem jest udawanie profesjonalisty i ziomeczka, który wie wszystko. Kolejnym dość istotnym krokiem jest szczegółowe przeczytanie podstawowych zagadnień z działu Opis świata. Resztę można heh przelecieć.
Tak na prawdę tyle na początek wystarczy czyli mniej więcej około 100 stron czasami nawet mniej :D.

Druga myśl “W co ja się wpakowałem?!”

Siedzisz i wymyślasz historię. Na początek pewnie masz setki pomysłów. To bardzo dobrze. I tak większość nie wypali :D. Dumny z siebie zapisałeś 10 stron a4 i wiesz już że gracze cię niczym nie zaskoczą. Stworzyłeś sobie typową historię dla Wojownika, Łotrzyka, Kleryka i Paladyna. Spotykasz się na tworzenie postaci z graczami i każda sekunda siedzenia z nimi i słuchania ich świetnych pomysłów jest katorgą. Chcą sobie stworzyć drużynę czterech magów bo każdy chcę ciskać fajerbolami. No bo co to za mag jak nie może rzucać fajerboli? A może by tak to rzucić i wyjechać w Bieszczady? NIE! Jak już podlazłeś do byka to pora go chwycić za rogi po mimo tego, że są ogromne, ostre i oczyma wyobraźni już widzisz jak przebijają cię na wylot. Postaraj się naprowadzić ich na swój tor myślenia, żeby jednak stworzyli postacie jakich potrzebujesz? Nie? To nie. Wywal całą przygodę i napisz ją jeszcze raz. I tutaj moja ulubiona zagrywka. Gnęb ich, męcz, rzucaj coraz to trudniejsze potwory i dawaj zadania prawie nie rozwiązywalne, ale ich nie zabijaj. Niech cierpią :D. Ej no wiesz co mistrzu gry… miałeś rację żebym zrobił tego paladyna. Nauczą się współpracować z tobą i każdą sugestię co do tworzenia postaci będą poważnie rozważali. Przynajmniej ja tak robiłem i działa :D

Trzecia myśl “Za jakie grzechy?!”

Wypytałeś już cały panteon bogów za co tak cię skarali i głucho. Połączenie twoich graczy w drużynę to męczarnia. Każdy stworzył sobie małomównego samotnika i ni cholery nie da się ich połączyć w koterię, a ty biedaku nazwałeś swoją sesję “Friendship is magic!”. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Zdrowo się nagimnastykujesz i tutaj przydaje się jedna bardzo ważna umiejętność. Nie wykupiłeś jej przy tworzeniu postaci? To będzie się trzeba nauczyć. Improwizacja. Wymyślaj, kombinuj, matacz, mam, ale nigdy prze nigdy nie mów graczom jak zachowują się ich postacie. To strasznie lamerskie. Gwarantuję, że znajdziesz coś co ich połączy, wykorzystaj ich historię postaci może coś się znajdzie. Ni ma? To rzuć na nich w karczmie bandę zbójów. Nic tak nie łączy ludzi jak wspólne dostanie po ryju :D #takbyło.

Myśl czwarta “Ja to na serio powiedziałem?”

Prawdopodobnie właśnie skończyłeś swoją pierwszą sesję. Siedzisz sam w koncie i płaczesz. Szlochasz tupiesz i krzyczysz. Ale chwilkę. Cofnijmy się w czasie do momentu, w którym powiedziałeś “I w tym momencie skończym”. Tak po całej tej udręce głupio zapytałeś. To kiedy gramy następną? Gracze uradowani już zaczęli wybierać terminy. I tak właśnie znalazłeś się w rzeczonym koncie.

Mistrzowanie to ciężki kawałek chleba. Nie ma co słodzić twoja pierwsza sesja może z powodzeniem pływać w głębokim szambie i nie będzie się wyróżniać. Ale wiecie co wam powiem? Każdy mistrz tak zaczyna :D Trzeba szlifować swój fach i nie załamywać się w trudniejszych chwilach, a takie będą na pewno. Na pewno poszerzycie swój słownik przekleństw jakimi w samotności będziecie obsypywać graczy, fabułę i na pewno samego siebie. Ale nic nie zastąpi tej satysfakcji kiedy siedzicie przy piwie  z kumplami i po kilku latach z sentymentem wspominicie sesję kiedy to uratowali bestię z łap księżniczki.


Piszący właśnie fabułę do następnej sagi
Fluffy

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Ciąg dalszy o Gothicu


Witajcie!!! 
 Wiec wracamy do naszego Gothicka, tym razem o drugiej części i trochę o dodatku „Noc Kruka”.  
Nie chciałem zdradzać fabuły , ale jednak troszkę muszę. 
Nasz kochany Bezimienny po pierwszej części został zasypany w ruinach świątyni z których to Xardas, nasz koleżka mag nas uratował.
Xardas mówi nam o nowym zagrożeniu. 
Okazuje się że Śniący demon którego pokonaliśmy, ostatnim tchnieniem wezwał sługi Beliara, Czyli masę orków i smoki. 
A my jako Bezimienny mamy za zadanie uratować ludzi przed tym zagrożeniem.  
Tyle z fabuły. Dodam tylko że na końcu, dostajemy małego szoku co stawia fabułę o kolejny stopień wyżej. A wracając już do samej gry i nie wtajemniczając się już w historie… 
Gothick 2 i Gothick 2 Noc Kruka jest oparty na tym samym silniku co Gothic 1, co znaczy tyle że mechanika gry i sama grafika nie jest dużo lepsza od pierwszej części tej serii.  Jednak mowa jest tu o Gothicu grze która dostała miano legendy i klasyka wśród wielu graczy… Powiem więcej każda osoba która twierdzi że zna się na grach powinna doskonale znać ten tytuł, tak samo jak serie The Elder Skrolls, czy Diablo.
Dodatek Gothick 2 Noc Kruka, idealnie przenika się z głównym wątkiem naszej historii.  Powiększa nasz świat o całkowicie nową lokacje, pozwala na szerszy rozwój postaci i daje większą różnorodność  w wyborze ekwipunku. Balansuje także trudność niektórych zadań  (przykładem jest jaskinia bandytów która ukazuje nam się zaraz po rozpoczęciu gry ) Sam dodatek jest równie dobrym dziełem co cała gra. Moją sugestią jest  przechodzenie drugiej części Gothica z zainstalowanym już dodatkiem. Nie psuje on w żaden sposób fabuły, a  sprawia że sama gra jest bardzie złożona i wymagająca co bardzo dobrze przekłada się na zadowolenie z samej rozgrywki.

No dobra zastanówmy się jednak nad tym fenomenem… 
O serii Gothic, a przynajmniej o pierwszej i drugiej odsłonie,  mówi się że ma klimat…  
No właśnie ale czym jest ten klimat w grach. Okazuje się że gra która posiada  słabą grafikę, słabą mechanikę, no ogólnie jest słaba pod praktycznie każdym względem, ale posiada klimat. Jest grą cholernie dobrą… 
Mówiąc dokładnie gra klimatyczna, to taka która wciąga nas w swój świat i pozwala w pełni oddać się fabule i uniwersum w którym realia gry się odbywają… pozwala nam być częścią jej samej. To bardzo ważna cecha, a musem jest podkreślenie tego że nie wszystkie produkowane dzisiaj gry mają magnetyczne umiejętności  przyciągania świadomości :D 
Należy wspomnieć o trudności rozgrywki . 
Tak wiem że Gothic nie należy do gier łatwiejszych. 
Przyznaje się bez bicia, żę samemu nie udało mi się ukończyć jej za pierwszym podejściem. Jednak jest to gra która nie prowadzi nas za rączkę jak małe niezdarne dzieci, tylko daje nam jakieś wyzwanie.  Aby jemu podołać musimy nauczyć się mechaniki walki, która wydaje się być skomplikowana, ale z czasem robi się intuicyjna i prosta. 
Wszystko zależy od naszego doświadczenia. I tu moja gorąca prośba do was. 
Nie zrażajcie się poziomem trudności do Gothica, doskonale wiem że ciężko jest przebrnąć  przez początki w starszym obozie w Gothicu 1, ale to też jest częścią naszego klimatu.  
Koniec, końców jesteśmy zerem, nikim, śmieciem, który stopniowo pnie się po drabinie hierarchii i zdobywa doświadczenie by przetrwać w czasach, gdzie wszędzie czai się zło.
Ostatnio na popularnym portalu społecznościowym, z pewną moją starą znajomą wywiązała się konwersacja o grach komputerowych. 
Jednym z tytułów gier o których rozmawialiśmy ,był właśnie Gothic…  
Wtedy  bez krępacji mówiłem o fabule… (Tutaj nie chcę tego robić, ponieważ uczucie poznawania tej historii, jest identyczne co poznawania opowieści z książki…  A chyba każdy z nas oddał by wiele, żeby mieć możliwość przeczytania naszej ulubionej lektury, znowu po raz pierwszy. Bez usłyszenia zbędnych spoilerów. )
Znajoma, bardzo utalentowana osoba w zakresie literackim, stwierdziła że koniecznie musi zagrać w tą grę, aby upewnić się że jakość  opowieści  którą  pokaże jej Gothic  chociaż w połowie pokrywa się z moimi słowami.  
Z powodów że nie potrafię wam inaczej jeszcze udowodnić że Gothic to przekozacka gra. Powiem tylko że  w tym roku Gothic obchodzi swoje 15 urodziny. 
A mimo tak długiego czasu od wydania ta gra w śród graczy cieszy się ciągłą popularnością… Ciągnąć temat do końca. Gothic  to obowiązkowy tytuł dla osób wchodzących do świata gier. 
Pozdrawiam 
     Ten Odgier
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka