sobota, 4 listopada 2017

I Zombie



Witajcie, serialomaniacy ;)
Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić niezwykłym serialem. Piszę “niezwykłym”, bo wywarł na mnie duże i pozytywne wrażenie pomimo uprzedzeń i niechęci jakimi go darzyłam.


I Zombie to produkcja: Table Six Productions Warner Bros. Television oraz DC Comics i tak, jest o dokładnie ekranizacja komiksu. Nie, nie zabrałam się za niego ze względu na komiksowe “korzenie”, bo o tym dowiedziałam się znacznie później. Nie wiem dlaczego go włączyłam tak szczerze, bo zawsze gdy szukałam jakiejś ciekawej produkcji na Netflixie mijałam go szerokim łukiem unosząc brew. No bo heloł, zombie jako główny bohater?
I do tego niezła laska? Serio? Jakaś zombie wersja Twilight?
A więc zgromadziłam w sobie odpowiednią ilość dystansu, przymrużyłam oko i obejrzałam.
Fabuła opowiada losy Olivi Moore, rezydentki i absolwentki medycyny, która bardzo chciała być kardiologiem, jednak coś jej w tym przeszkodziło i zepchnęło do kostnicy. W obu kontekstach. Tak więc Liv idzie na imprezę na łodzi, której uczestnicy ostro dają sobie w palnik testując Utopium, coś idzie nie tak, zamieniają się w zombie i zaczynają się mordować nawzajem. Nasza Liv zostaje podrapana przez jednego z nich- dilera Utopium, Blaine’a, biedna budzi się w worku na zwłoki, przyprawiając jednego z funkcjonariuszy niemal o zawał, że “spakował” żywą osobę. Od tej pory jej życie się zmienia- no cóż na nie-życie. Rzuca pracę rezydentki, obejmuje stanowisko koronera i całymi dniami przesiaduje w kostnicy. No cóż, jakoś trzeba zdobywać mózgi ;) Bycie zombie wpłynęło również na jej związek, zrywa zaręczyny z ukochanym Majorem w obawie, ze zarazi go zombiezmem i zniszczy mu życie.
Teraz czas na krótką analizę zombie z I zombie. Shhhhh….Sharky! No ale fabuła! Nie zdradzaj za dużo! Cicho tam! To bardzo ciekawe i trzeba o tym powiedzieć!
Bardzo cierpiałam ponieważ, wiecie, zombie z filmów Romero, The Walking Dead, Świt Żywych Trupów, zombie nie-apokalipsa rozdzierała moje serce! Dotychczas tylko taką znałam i była dla mnie...no cóż, bardziej...naturalna. Jakkolwiek by to nie brzmialo. Te zombie trochę zalatują wampiryzmem, ale głównie dlatego, że są śmiertelnie blate ( Sharky, zombie-wampiry, wiesz łączy je to, że nie żyją?), oraz przeważnie to ludzie z wyższych sfer- w końcu nikt nie chciał tutaj apokalipsy, ani zombizm nie jest wynikiem wirusa, czy nieudanych badań biologicznych + biedaki nie miały by pieniędzy na opłacenie abonamentu w wysokości 25 kafli miesięcznie za mózgi. A! W dodatku mają białe włosy, a gdy dostają dużą dawkę adrenaliny włącza im się full zombie mode, jak nazywa to Liv i nie ma dla nich żadnych granic. Oczy zachodzą krwią i a sam zombie znacznie przybiera na sile. Przejście do stadium Romero Zombie następuje w momencie odstawienia mózgów- głównie ze względu na długie odizolowanie i uniemożliwienie zdobycia pożywienia. Ten proces jest nieodwracalny. Zostałeś Romero Zombie = musisz zginąć.
Tutaj o zombie wiedzą inni zombie- choć nie, w sumie nie, wie o nich tylko ten co ich zaczął wszystkich zarażać. O i Ravi! Ravi Chackrabarti to koroner i szef Liv. Gdy dowiedział się o jej nie-życiu zaczął szukać antidotum oraz pozwolił na degustację mózgów, bo przecież, tym martwym ludziom i tak się nie przydadzą. Ravi to taki przystojny naukowiec-elegancik z cudownym akcentem ;)  Ach! Zombie mają wizje! No przecież! Prawie bym zapomniała. Przepraszam, ale to przez tą melodię “z openingu”, która krąży mi po głowie. ( I am oooooowwwareeeeady dead! Shark, śpiewasz to za k a ż d y m  razem przez dwa sezony -_-. Ej wiem, dobra? Po prostu to cudowne komiksowe rozwiązanie i głos Deadboy’a...ahh).
Wracamy. Wizje. Liv zaczyna pracę z detektywem Babineaux, ponieważ po zjedzeniu mózgu ofiary  przejmuje część wspomnień, które pomagają rozwiązać zagadkowe morderstwa. Moja ulubiona część to ta, kiedy mózg zaczyna działać i bohaterka przejmuje charakter denata! Często doprowadzało mnie to do płaczu ze śmiechu! Najbardziej kocham mózg napalonej bibliotekarki. O! i trolla internetowego/ gamera!
Obiecuje, że nie tylko się uśmiejecie, bo jest tam całkiem sporo poważnych akcji i dylematów psychologiczno moralnych. Głównie pod koniec sezonów jest jakieś wielkie bum, ale przyznam, że podoba mi się to, ponieważ niektóre wątki  nie są bezsensu ciągnięte przez kolejne odcinki. Po prostu porzucone, ale to bardzo dobry zabieg ;)
Tymczasem pobieram pdf komiksu, bo czuję się jakbym była pod wpływem innego mózgu- mam ochotę na mięso (Sharky, zawsze masz ochotę na mięso ;___: nie dopisuj sobie teorii) i podoba mi się ten stan rzeczy C;
Trzymajcie się i pamiętajcie “Live for a max!

Ps. Niech “okładka” serialu Was nie odstraszy jak mnie, w ogóle na nią nie patrzcie, komiksowa byłaby lepsza.

Sharky

środa, 1 listopada 2017

Ewolucja wizerunku wampira na ekranie

Motyw wampira jest jednym z najstarszych i najbardziej popularnych w kinie, więc nic dziwnego że to właśnie one miały przez cały swój filmowy "żywot" najwięcej przemian wizerunkowych. Chciałabym Wam mniej więcej przedstawić to na najbardziej charakterystycznych postaciach. Nie będę się odwoływać do każdego powstałego kinowego stwora tego rodzaju, bo ten artykuł miałby na pewno kilkanaście jak nie kilkadziesiąt stron, więc z góry przepraszam każdego nieumarłego którego pominę.

Wampiry swoje początki miały już w przekazach oralnych i wszelkich legendach, mitach itd., ale to z literatury a dokładnie z "Draculi" Brama Stokera zaczął się początek wampira w kinie, poprzez ekranizacje i adaptacje. Niestety sam autor powieści, nie zdążył się dowiedzieć, że jego Hrabia, choć najpierw zjedzony przez krytyków, później rozpoczął szał na Draculę, który pojawiał się w kinie.

Zacznijmy od roku 1922, czyli od klasyki niemieckiego ekspresjonizmu, Grafa Orloka z "Nosferatu. Symfonia grozy". Ten film również był tworzony na podstawie słynnej powieści Brama Stokera, choć jak da się zauważyć, różni się od orginalnej ksiażki, ale nie do końca. Prawda jest taka, że jest to po prostu - mówiąc mało kolokwialnie - "zżyna" nie da się tego inaczej ująć, jednak zostało zmienione miejsce akcji i imiona postaci, reszta akcji jest, no cóż... Chodziło o to by nie płacić za prawa autorskie. A teraz ciekawostka: Sytuacja wyglądała następująco, bo choć autor Draculi już nie żył, to o prawa autorskie zaczęła walczyć jego wciąż żyjąca, małżonka, która nie chciała zapłaty, ale nakazała zniszczyć wszelkie kopie filmu "Nosferatu". Wydaje się więc, że sprawę przegrała skoro wciąż możemy oglądać Orloka na ekranie. A no właśnie wygała! I faktycznie taśmy zostały zniszczone, ale najwyraźniej ktoś uratował jedną bądź część kopii, dzięki czemu Orlok żyje wiecznie. Wracając.


Tytułowy Nosferatu, w odróżnieniu od późniejszych wampirów, był prawdziwie brzydki, tak nawet mówił reżyser Friedrich Wilhelm Murnau o aktorze, który odgrywał rolę jego potwora, Max Schreck. Murnau mówił że Schrecka wystraczy jedynie delikatnie "upiększyć" na Nosferatu.
Graf Orlok był blady, miał podkrążone oczy, smukłą sylwetkę, pajęcze nogi, pazury, zapadniętą twarz oraz długie jedynki jak u szczura. Opis jak sami widzicie mało atrakcyjny. Wygląd Nosferatu był głównie opierany na wampirach z tradycji ludowych, choć miał w swoim wyglądzie coś groteskowego. 


Przejdźmy do prawdziwego Draculi (mojego ulubieńca). W 1931 roku wytwórnia Universal stworzyła film na podstawie adaptacji teatralnej Draculi, w której główną rolę grał węgierski aktor, Bela Lugosi. Porównując te dwa wampiry, widzimy wyraźną różnice w wyglądzie. Lugosi przedstawia Draculę w wersji wampira "salonowego". Gentelmena o królewskich korzeniach, tajemniczego, bardziej przystojnego, ale wciąż niepokojącego. Nie jest takim odludkiem jak Orlok, wije się na salonach między arystokracją i świetnie wtapia się w tłum. Tutaj Dracula wygląda na przystojnego mężczyznę z dalekiego, obcego kraju. Brzmi kusząco? Ciekawostką która mocno wpłynęła na wizerunek tych krwiopijców w popkulturze jest choćby zasłanianie się przed krzyżem, peleryną. Było to niezamierzone, ale ten gest Lugosiego zakorzenił się w kinie na lata.

 


Kolejnym Draculą, za przykład zmiany wizerunku może być Christopher Lee, który wciąż choć z wyglądu był nadal atrakcyjny jak na wampira, to zdecydowanie bardziej stawiał na grozę niż Lugosi. Wytwórnia Hammer wykreowała ten słynny wiktoriański klimat tak kojarzony z wampirami, a także syczenie. Lee przez cały film nie wypowiada nawet słowo, za to syczy jak wąż co również wbiło się mocno w popkulturę. Lugosi za to starał się w szelmowski sposób wykorzystywać swój obcy akcent w roli transylwańskiego hrabiego.
Między oboma filmami tych dwóch wytwórni jest także inna różnica. Universal starał się skupić na samym wampirze, za to Hammer na akcji co czuć po samym klimacie tych obu dzieł.


Następnym wampirem na mojej liście jest Gary Oldman, również się wcielił w słynnego Dracule. W 1992 roku mamy przedstawionego Hrabiego jako postać romantyczną. Zakochanie, śmierć ukochanej i przekleństwo, które go spotkało. Gary Oldman jest nie tylko romantyczny, ale gdy się starzeje zmienia się zewnętrznie, ale i psychicznie. Staje się bardziej gniewny, momentami obłąkany. Jako młody Vlad jest wręcz symbolem seksu (wampiry same w sobie od lat miały nadawane cechy seksualnych demonów, kusicieli podobnie jak sukkuby czy inkkuby), a jednocześnie wzbudza współczucie przez tragedie miłosną jakiej doświadczył. I pierwszy raz dzięki tak dobrym efektom i charakteryzacji mamy pokazane młode i stracze oblicze wampira. Obraz Draculi w wykonaniu Gary'ego Oldmana i w reżyserii Coppoli, jest jednym z najwybitniejszych. Po Draculi z 1992 roku mamy nowego wampira Lestata i Louise'a w adaptacji długo oczekiwanej powieści Anne Rice "Wywiad z wampirem" z 1994. Tu wciąż mamy przedstawione wampiry jako bohaterów romantycznych, a w "Wywiadzie" mamy przedstawiony kolejną ich cechę. Samotność, która powoli doprowadza do szaleństwa i złych, bardzo złych czynów.

 Po erze romantyczności następuje powrót grozy z czasów Nosferatu. Wampir znów staje się odrażający i straszny. W filamch takich jak: "Od zmierzchu do świtu", "Blade - Wieczny łowca" czy choćby w serialu "Buffy: Postrach wampirów". Zniekształcona twarz, bladość i wiele cech podobnych do Grafa Orloka. Wampiry wróciły jako prawdziwie obleśne stworzenia, jednak nie na aż tak długo jak obraz eleganckiego księcia mroku.
Nie są już z pewnością romantyczne, choć postać Blade'a jest w pewien sposób tragiczna, ze względu na wewnętrzne rozdarcie bohatera między byciem łowcą tępiącym zło a własną krwawą naturą.


Dziś wampiry mamy w różnych postaciach, choć te romantyczne najbardziej przeważają, co widać choćby w serii "Zmierzch", "Dracula. Historia Prawdziwa" albo "Tylko kochankowie przeżyją", choć z tych wymienionych moim zdaniem, dobrze wyszedł tylko ten ostatni. Mamy tam pokazane jako zakochanych żyjących wiecznie kochanków, wizualnie wyrwanych jak z bohemy, artystycznych kręgów, którzy na prawdę, są nieszczęśliwi na tym naszym świecie. Piękny i smutny, bardzo Wam polecam.

Kino grozy opiera się na strachu, ale nie jest to główne źródło jego genezy. Ciekawość, ludzka fascynacja tym co niebezpieczne i nieznane. To jest to co nas kręci i dlatego wampir jest wciąż tak intrygujący mimo tylu już kreacji  i wcieleń. Będzie żyć wiecznie. Jak to wampir.



Pozdrawiam.
Kavka

poniedziałek, 30 października 2017

Strach się bać - Japońskie legendy.




              Witam, dziś chciałabym poruszyć temat legend, które są bardzo popularne w Japonii. Poczytałam trochę i postaram się wam przedstawić te najciekawsze i najbardziej znane, może już o nich słyszeliście, a może jestem pierwszą osobą, od której dowiecie się czegoś nowego. W każdym bądź razie zapraszam do lektury, bez zbędnego przedłużania :)


1. Kuchisake-onna

(kobieta z rozciętymi ustami)
Jest to jedna z najbardziej znanych legend japońskich. Legenda opowiada o kobiecie, która była ofiara przemocy domowej. Do tej pory słyszy się od Japończyków, że dziwna postać kobiety skrywa się w ciemnych zaułkach. Dodam, że najczęściej nosi maseczkę. Kiedy wpadniesz w jej sidła, pyta cię czy "jest piękna". Jeżeli odpowiesz negatywnie, cóż...stracisz dla niej głowę i to dosłownie. Natomiast jeżeli odpowiesz twierdząco, wpadnie w zadumę i będziesz miał szansę na ucieczkę. Kto wie, może Ty będziesz śmiałkiem który przeżyje?           

                         
Podobny obraz 2. Toire no Hanako-san. (Hanako-san z toalety)
Jest to również jedna z popularniejszych legend o dziewczynie która nawiedza toalety (najczęściej słyszy się, że są to toalety szkół podstawowych) Już tłumaczę dlaczego, otóż Hanako-san była młodą dziewczyną, która prawdopodobnie skrywała się w toalecie przed napastnikami. Wywołać ją można bardzo łatwo. Wystarczy wejść do toalety, (jeżeli będzie to rząd toalet, najlepiej będzie jeżeli będzie to trzecia od końca) zapukać i zapytać trzy razy " Hanako-san jesteś tu?"
Wtedy, jeżeli demon faktycznie nawiedza ową toaletę, odpowie ci: " Tak, jestem tu" W tej chwili masz ostatnią chwilę na ucieczkę, jeżeli tego nie zrobisz, demon wciągnie cię do toalety i zabije.                                       
                                   

Znalezione obrazy dla zapytania nurre onna japan3. W Japonii możemy rozkoszować się widokiem pięknych gór otoczonych pięknymi jeziorami, rzekami czy stawami. Czy nie jest to dobra sceneria dla stworów, które mogły by się ukazywać nocą przy blasku księżyca?
Jednym z takich stworów jest Nurre-onna. (kobieta wąż). Czeka na swoje ofiary, które  przychodzą kąpać się późną nocą lub wczesnym rankiem. Kiedy zauważy swoją potencjalną ofiarę, wystawia głowę z wody (piękną twarz) i woła o ratunek. Kiedy ofiara stara się jej pomóc, ta resztą wężego ciała wciąga go pod wodę. Słuch o takich osobach ginie. Nikt ich nie widział już nigdy więcej.
                                   


Podobny obraz 4. "Teke-Teke". Jest to legenda o dziewczynce, która wpadła pod tory pociągu, który w rezultacie przeciął jej ciało na połowe. Duch dziewczynki nie mógł się z tym pogodzić. Zapragnęła zemnsty za to co się stało. Jej górna część ciała nadal przebywa przy torach, przeinając ciała tych, którzy przechodzą tamtędy późnym wieczorem.
                                   

Mam nadzieję, że podobały się wam te legendy. Jak wiadomo Japonia słynie z inności, sama specyfika tego narodu srawia, że w niektóre jestem w stanie uwierzyć (może nie akurat te typowo fantastyczne, ale są równie fascynujące, które trzymają się bardziej przyziemnych spraw). Trzymajcie się!
                                                                                                                       Ev.

niedziela, 29 października 2017

MIKROMUSIC. TAK MI SIĘ NIE CHCE



Czy ktoś jeszcze nie może doczekać się tego wydawnictwa?
Jest to płyta, którą zespół zdecydował się wydać niezależnie, bez żadnych ograniczyć formalnych i artystycznych. Muzycy, jak sami twierdzą, nie starają się spełniać niczyich oczekiwań i tym samym dobrze bawią się tworząc piękną muzykę.

Krążek jest inspirowany muzyką lat ’60 i ’80, co jeszcze bardziej podsyca moją ciekawość względem niego.

Znamy już dwa single z płyty: „Synu” i tytułową „Tak mi się nie chce”. Teledyski realizowane są we współpracy z twórcami teledysku do utworu „Bezwładnie” i z wrocławskim studio Camera Nera.

Może sami napiszecie w komentarzach, co sądzicie o nowych działaniach Mikromusic?


Brownie ;)

sobota, 21 października 2017

Deszcz Meteorytów Orionidy 2017


Podobny obraz
                                       
Hej! Przychodzę do was dzisiaj z ciekawostką, mam nadzieję, że spodoba się wam. Nie będzie to żaden artykuł. Otóż...
W ten weekend października dane nam będzie obserwować Meteoryty Orionidy, które powiązane są z Kometą Halleya. Objawiają się tylko w tym pięknym (moim) miesiącu.
Nie wiem jak wy, ale ja zamiast iść na imprezę, biorę w ręce ciepły kocyk, siadam na balkonie i obserwuje. Z tego co wyczytałam, obserwacje najlepiej zacząć przed północą dzisiaj!

Do godziny obserwacji możesz nacieszyć swoje oczy aż 30 meteorytami. Niesamowite!
Serdecznie zapraszam was do tego wydarzenia, w końcu pięknie patrzeć na to samo niebo, z różnych zakątków, a tworzyć wspólne wspomnienia. Miłego oglądania!  

                                                                                                                                    Ev.

piątek, 20 października 2017

Nowa Coma, czyli czy zespół za chwilę przestanie świecić


Na to pytanie postaram się odpowiedzieć później. Zacznę od opisania, tego co usłyszałam wczoraj w nocy.
Wiele osób, jak sądzę, jest w tym momencie uprzedzonych do łódzkiej grupy przez zeszłoroczną płytę  „2005 YU55”, która okazała się niewątpliwie genialnym, choć dość osobliwym i trudnym materiałem. Sama osobiście rzadko wracam do tego krążka, z tego po prostu względu, że jest ciężki, a zeszłoroczne koncerty Comy były, że tak powiem, „warstwowe”, ponieważ nowe utwory raczej średnio korespondowały ze starymi. A „Metal Ballads vol. 1”? Będzie odstawać czy nie? Ja sądzę, że nie.
Krążek otwiera utwór „Uspokój się”, który od początku… uspokaja. „Jeśli czytasz tę wiadomość, uspokój się. Prawdopodobnie nie jest skierowana do Ciebie. […]” Słuchami melodyjnej warstwy wokalnej, która oddycha i pozwala wybrzmieć instrumentom, gdzie słyszymy wintydżowy, świetny klawisz. Już od tej pierwszej piosenki słyszymy, że płyta jest inna od całego dotychczasowego dorobku Comy. Kolejnym kawałkiem są zaprezentowane pierwszy raz na Męskim Graniu „Lajki”, które jedni zachwalają, inni „hejtują”. Moim zdaniem utwór jest bardzo dobry. Fakt, dosłowny, ale czy to źle? Warto zobaczyć klip do tego kawałka, który jest mistrzowsko wykreowany. Fragment „Widzę do tyłu” mogliśmy już usłyszeć w pierwszym zwiastunie płyty. Odnośnie tej piosenki mam wrażenie, jakoby była lekko organkowa – szczególnie mam na myśli utwór „Rilke” z krążka „Czarna Madonna”. I wszędzie jak dotąd jest w tle charakterystyczny klawisz, podbijający całą resztę. Kolejny utwór „Za słaby” jest kolejnym, który uspokaja. Akustyczny i bardzo liryczny. Niewątpliwie potrafi wprawić odbiorcę w uczucie zadumy i może wręcz melancholii… Z tym utworem, jak i z całą płytą kojarzy mi się stara solowa twórczość Roguckiego. „Odwołanie” odcina się jak nożem od „Za słabego”. Utwór szybki i energiczny. Odczuwalny jest tu nieco wpływ artystów, którymi Coma obecnie się otacza. Chodzi tu o melodyjność, nie o rytmikę. „Snajper” z początku przez nie-muzyczne dźwięki kojarzy mi się z „Hipertrofią”. Utwór ciekawy, narastający. Na pewno wiele osób go polubi. Niestety dla mnie utwór jest „Parapetem” tej płyty („Parapet” to utwór z „Hipertrofii”, nigdy nie potrafiłam się do niego przekonać, ani tekstowo ani muzycznie). „Odniebienie” z kolei zalatuje „YU55”, przypomina jedną z „Łąk”, ale Rogucki miło zaskakuje wokalnie. Zwłaszcza jeśli spodziewasz się melorecytacji. Utwór zdecydowanie charakterny. Urzekające jest, to że w każdym słowie słychać świetny warsztat aktorski wokalisty. „Cukiernicy” są mocno osadzeni w klimacie retro, głównie przez brzmienie bębnów. Swing zdecydowanie. I kolejne skojarzenie: najpierw posłuchajcie „Cukierników”, a potem „Nie Bielsko”.  Z kolei „Konfetti” jest dla mnie połączeniem „Sopotu” i „I’m not afraid of your soul”. Piosenka inna od pozostałych, ale bardzo dobra i mimo podobieństw do solowych kawałków Roguckiego, nadal jest w stu procentach „comowa”. I przyszedł czas na mojego faworyta – „Za chwilę przestaniemy świecić”. Utwór nie jest moim ulubionym wyłącznie dzięki tytułowi, który jest fantastyczny. Tekst wdzięczny, poetycki, choć polityczny w drugiej części. Brzmienie jest mocne, narastające i opadające, i od nowa aż do momentu kulminacyjnego i do końca, kiedy zamyka się cięciem. Ostatnim utworem są fantastyczne „Proste decyzje”. Da się wyczuć tutaj wpływ Męskiego Grania i jednocześnie towarzyszący całemu krążkowi klimat retro – dzięki nieco wygłuszonemu wokalowi.
Płyta jest zdecydowanie inna niż poprzednia, ale nawiązuje do tak zwanej „starej Comy”. Mamy tu niebanalną warstwę tekstową, wciąż poetycką choć mocno aktualną i związaną z dobą Internetu, co dzięki wintydżowemu brzmieniu, nieco kontrastuje lecz pozostaje spójne. Melodyjność wokalu, jak już wspomniałam, nasuwa skojarzenia z solowym krążkiem Piotra Roguckiego z 2011 roku „Loki – wizja dźwięku”.
Wrócę jeszcze na chwilę do singla, bo spotkałam się z komentarzami, że ludzie nie wiedzą, czy kupią płytę, „a jeśli tak, to na pewno nie od razu”. „Lajki”, okładka płyty i tytuł odstają od całości. Myślę, że to pewien rodzaj prowokacji. Coma chyba nie byłaby sobą, gdyby nie prowokowała fanów. Zwłaszcza tych, którzy twierdzą, że zespół skończył się na „Czerwonym Albumie”. Pragnę przypomnieć, że 6 lat temu podobni „fani” twierdzili, że Coma skończyła się na „Hipertrofii”. Na razie jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś uważał, że skończyli się na „2005 YU55” :P
Na koniec powiem, że moim zdaniem krążek jest świetny muzycznie jak i tekstowo, niebanalny, aktualny choć w pewien sposób dawny. Na notę w skali od 1 do 10 z mojej strony jest zdecydowanie za wcześnie, ale sami możecie już próbować oceniać.
A odpowiadając na pytanie zadane na początku: Nie, Coma zdecydowanie nie przestanie świecić.
Ja z całego serca polecam i nie mogę się doczekać, aż usłyszę jak nowe utwory zabrzmią na żywo w łódzkiej Wytwórni.

Do przeczytania, kochani!
Brownie

środa, 18 października 2017

ZAPOWIEDŹ. COMA „METAL BALLADS vol.1”



Na poprzedni krążek łódzkiego zespołu Coma fani musieli czekać 5 lat, więc wszystkich zadziwiła nagła wiadomość, wypowiedziana przez Piotra Roguckiego, wokalistę grupy, na finałowym koncercie Męskiego Grania, że za miesiąc możemy spodziewać się na sklepowych półkach nowego wydawnictwa. Zaraz po tej informacji zagrali singiel „Lajki”. Jednym utwór się podoba, innym nie… Moim zdaniem wraca on do stylistyki „Czerwonego Albumu” wydanego przed sześcioma laty, więc jest to drastyczne odcięcie od eksperymentalnego krążka sprzed roku, który wzbudził ogromne kontrowersje. Jaka będzie całość j jakie dzieło sztuki stworzyli panowie z Comy tym razem? Przekonamy się już niedługo. Jeśli będziecie mieli ochotę dowiedzieć się, co ja uważam o najnowszym krążku, zapraszam na naszego bloga po premierze, jeszcze w tym tygodniu!

Wasza Brownie
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka