niedziela, 10 lipca 2016

Jak zrobić dobry RAMEN?!


Witajcie, dzisiaj przychodzę do was z przepisem na ramen. Na pewno wszyscy doskonale wiedzą co to za potrawa, ale jeżeli jesteś nowy w tematach kuchni azjatyckiej to odpowiem ci na pytanie: Co to jest ramen?
Otóż ramen jest to potrawa...najprościej mówiąc odpowiednik naszego polskiego, niedzielnego rosołu. Tyle, że ramen w Japonii można jest w każdy powszechny dzień tygodnia. U nas przyjęło się raczej, ze rosół to niedzielna potrawa. Ramen, który robi furorę w Japonii, a nawet można go już zasmakować w niektórych europejskich restauracjach, tak naprawdę przywędrował do nas z Chin. Skład tej zupy jest bardzo zróżnicowany. Dodajemy to na co mamy ochotę, można powiedzieć, że to my tworzymy to danie wedle naszych upodobań. Jedynie podstawowym składnikiem tej zupy jest mięso. W Japonii głównie stosowało się ryby (sushi jest tego dowodem) dlatego to tak ważny element.  No skłamałam...jeszcze bez czego nie wyobrażamy sobie zupy? A bynajmniej ja? Bez makaronu rzecz jasna. Ramen zazwyczaj przygotowywany jest na bazie mięsa wieprzowego i kości wieprzowych, chociaż na stronach internetowych wyczytałam kiedyś, że można zrobić to na bazie mięsa drobiowego. Tak jak wspomniałam wcześniej każdy sam tworzy to danie wedle upodobań.

Zanim przejdę do opisu, opowiem wam o rodzajach ramenu. Wyróżnia się cztery najbardziej pospolite odmiany:

* miso-ramen: jest to chyba najbardziej zjaponizowana (?) odmiana ramenu. Właśnie tutaj używane jest mięso z kurczaka Kolejnym ważnym elementem są tutaj ryby. No i jak można zapomnieć...ta odmiana ramenu jest tworzona tak naprawdę z jednej pasty miso. Stąd właśnie ta nazwa. Jest to pasta produkowana na bazie soi z dodatkiem ryżu i soli. Plus nasze składniki.

*tonkotsu-ramen: podstawowym składnikiem są tu kości wieprzowe. Ten rodzaj ramenu wyróżnia się swoją gęstą konsystencją. Warto też wspomnieć o tym, że jest dosyć tłusty. Także, ludzie na diecie łączmy się w bólu, ponieważ jest to jedna z najlepszych odmian. Oczywiście nie może zabraknąć warzyw. Ten ramen podaje się najczęściej z pastą z sezamu. Plus nasze składniki.
   



*shoyu-ramen: ramen najczęściej podawany z sosem sojowym (shoyu-sos sojowy), i wszystko jasne jak słońce :). To odmiana dla ludzi lubiących ostrą kuchnię. Jest najczęściej doprawiany olejem chili. Plus nasze składniki.



*shio-ramen: no najbardziej tradycyjna forma ramenu. Tutaj dogłębnie czuć jeden składnik, mianowicie sól. Ten ramen jest robiony na słonym wywarze z mięsa drobiowego lub wieprzowego i tu dodajemy nasze składniki: ryby, warzywa, pędy bambusa, cebula, jajko, kukurydza, co tylko chcecie. Plus nasze składniki.



Prawda, że najbardziej podobny do naszego rosołu ? ;)

Ja o ramenie dowiedziałam się z anime Naruto. Jak pewnie większość kojarzy dziadka z Ichiraku-Ramen i naszego głównego bohatera co po każdej zakończonej misji szedł na jedną porcję, dwie ewentualnie siedem ramenu :)

No to teraz czas na przepis. Podaję wersję z mięsem drobiowym!

Składniki na 4 porcje.

Zupa:

- 5 udek z kurczaka z kośćmi
- dwie marchewki (kroimy w plastry), por (kroimy w plastry), szczypiorek kroimy jak na kanaki :)
- imbir, sól (1,5 łyżeczki), 2 łyżki oleju sezamowego.

- Makaron mie - cała paczka jeżeli ktoś lubi gęste zupy, 150g jeżeli lubicie bardziej rzadkie :).

Polecam jeszcze pastę miso i sos sojowy.

Dodatki :

- 2-3 jajka
- 100g kapusty rzymskiej zmielonej przed podaniem
- 100g pędów bambusa
- arkusz wodorostów yaki-nori (zakup przez internet )
http://sklep.slodkokwasny.com/wodorosty-yaki-nori.html
- szczypiorek
- kukurydza
- i to co wam jeszcze przyjdzie do głowy
przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 230C. W żaroodpornym naczyniu ułóż udka kurczaka, marchewkę, szczypior, por, imbir, posyp solą i skrop olejem sezamowym (rozprowadź go równomiernie po kurczaku i warzywach). Piecz 40 minut.
Po tym czasie przełóż całą zawartość do dużego garnka i zalej 2.5 litrami zimnej wody. Zagotuj na dużym ogniu, zmniejsz ogień i gotuj na małym ogniu pod przykryciem przez godzinę. Po tym czasie wyjmij 2 udka, zalej wywarem (żeby mięso nie ściemniało) i pozostaw do ostygnięcia – jak ostygnie, porwij mięso na kawałki. Resztę wywaru gotuj bez przykrycia jeszcze godzinę na małym ogniu.
Przygotuj makaron wg przepisu na opakowaniu.
Do 4 dużych misek dodaj po łyżce ciemnego lub 1,5 łyżki jasnego miso, zalej odrobiną wywaru i rozmieszaj. Dodaj do misek makaron, zalej wywarem, dodaj porwanego kurczaka, przepołowione jajko, zblanszowanego bok choya, posyp obficie szczypiorkiem, dodaj grzyby i dodaj pocięte wodorosty. Jeżeli trzeba, dopraw miso (można je rozpuścić w osobnej miseczce) i sosem sojowym.
Smacznego!

Przepis zaczerpnięty ze strony: slodkokwasny.com
Dlaczego akurat ten? Ponieważ moja znajoma robiła ramen z tego oto przepisu i bardzo sobie zachwalała. Polecam :)
                                   


Miejmy nadzieję, że zakochacie się w tej potrawie jak nasz mały Naruciak :3

Itadakimasu minna! Sayonara :)                                            

                                                                                                                                          Ev.


czwartek, 7 lipca 2016

Pika...pika

Hej wszystkim, jestem Ten Odgier i dzisiaj spróbuje pisać o grach komputerowych.  Zanim jednak to zrobię, chciałbym się wyżalić. Jestem pogrążony w żałobie, powód to awaria PC-ta. Bardzo przykra nowina, wiem. Jest możliwość naprawy, postanowiłem jednak że kupie nowy, lepszy sprzęt. Ciąg dalszy przykrości jest taki, żę miałem już odłożone na ów sprzęt. Jednak życie zdecydowało lepiej na co te pieniążki wydać. Konsekwencje tego są takie żę zakup nowego komputera się przeciągnie. Czemu w ogóle o tym pisze? No dlatego że chciałbym pisać o nowych grach, tylko że właśnie nie mam takiej możliwości, bo nie mam sprzętu by grać w nowe produkcje i je przetestować. Pocieszeniem w tej tragicznej sytuacji jest jednak laptop na którym właśnie pisze. Nie należy on do sprzętu dobrego, ale jest wstanie parę gier odpalić. Więc… gorzkich żali już koniec.
Dzisiaj o Pokemonach.  Ja osobiście jestem ogromnym fanem pokemonów i pośrednio zawdzięczam im przygodę z komputerem.  Moi rówieśnicy powinni kojarzyć nazwę „Pokemon” z kreskówek, które oglądaliśmy za dzieciaka (Dorosły się wypowiedział ☺). Może krótki opis. Pokemony to stworki które, są trenowane przez ludzi, wraz z treningiem przemieniają się one w wyższe formy, jednocześnie będąc silniejszymi Pokami. Myślę jednak że większość kojarzy  czym są Pokemony, są one dość popularne, a sama kreskówka jest tworzona do tej pory.
Wracając do gier, bo o nich mam pisać. Istnieją gry Pokemon. Troszkę ich powstało. Pierwsze, jeżeli się nie mylę, powstały w 1996 roku „Pokemon Red” i „Pokemon Blue” . Te dwie wersie doczekały się odświeżenia w grafice i powstały jako „Pokemon Fire Red” i „Pokemon Leaft Green” , swoją drogą prawie niczym się nie różnią.

Pokemon Red
http://nerdist.com/wp-content/uploads/2015/11/pokemon-red-screenshot-680x3921.jpg

Pokemon Fire Red
https://i.ytimg.com/vi/E2foD7QX5AY/hqdefault.jpg
Wraz z przypływem nowych generacji pokemonów, co za tym idzie nowych stworków, odcinków kreskówki  przyszły też nowe wersje gry : „Pokemon Ruby”, „Pokemon Diamond”, „Pokemon Platinum”, „Pokemon Gold” i wiele innych.  Powstały również wersie stworzone przez fanów tej gry (Hack romy). Było to np. „Pokemon Light Platinum” i właśnie w tą wersje aktualnie gram. UWAGA!!! Te wszystkie gry jednak nie są stworzone na komputery.  Nintendo i Game Freak wydawało pokemony na platformach : GameBoy, a potem Game Boy Adwance i Nintedo 3DS. Jest jednak sposób na granie na komputerach przez emulatory, i znowu UWAGA!!! Mogę być w błędzie, ale sądzę że jest to forma piractwa, a do tego nie będę zachęcać.
Dobrze… rozpisałem się troszkę o tych Pokemonach, ale nie wytłumaczyłem co w nich takiego jest że warto o nich pisać. Odpowiedź brzmi… Nie mam zielonego pojęcia. Pokemony nie posiadały ciekawej fabuły, sterowanie banalnie proste, grafika mało atrakcyjna (dużo pikselków), walki mało dynamiczne, cała gra w sumie jest mało dynamiczna, a jednak  potrafiła mnie wciągnąć na parę godzin i dalej to robi, lubię do niej wracać mimo że znam ją już na wylot. Grając w Pokemony zawsze chciałem mieć najsilniejsze stworki i najlepiej jak miałbym je wszystkie, takie  kolekcjonowanie. Ogromna przyjemność z posiadania takiego Dratiniego, jednego z najbardziej rzadkich pokemonów. Nazwałbym to przyjemną iluzją posiadania czegoś wyjątkowego. I właśnie ta iluzja, chyba najbardziej mnie wciągnęła.  Ahh…. Ten Hypno.
http://assets.pokemon.com/assets/cms2/img/video-games/video-games/pokemon_x_y/screenshots/pokemonxy_ss80.jpg W 2013 roku wydano ostatnią istniejącą część gry „Pokemon X and Y” z 6 już generacją Pokemonów i wygląda ona tak…



http://assets.pokemon.com/assets/cms2/img/video-games/video-games/pokemon_x_y/screenshots/pokemonxy_ss25.jpg Nie miałem jeszcze przyjemności zabawy przy tej konkretnej części gry, miejmy nadzieje że to się jednak zmieni.
Uważam że Pokemony jako gra są mało wybitne, nie są też grą dla każdego.  Tego typu gry się podobają, albo nie. Mają jednak one swój unikalny urok który ja osobiście kupuje całkowicie. Na sam koniec dodam że moimi ulubionymi pokemonami są Lucario i Empoleon i podczas ewentualnej waszej rozgrywki, polecam je trenować.  Pozdrawiam… i życzę bogatego w ewolucje trenowania Pokemonów.
Ten Odgier  

poniedziałek, 4 lipca 2016

„Do światła” Andriej Diakow


Po przeczytaniu kilku książek z uniwersum Metro 2033 wydaje mi się, że rosyjscy autorzy mają największy talent do kreowania postapokaliptycznego świata. Wychodzi im to najlepiej.  Przypadek? A tak na serio. Dzisiaj chciałam wam zaprezentować jeden z lepszych przykładów tej twórczości – „ Do światła” autorstwa Andrieja Diakowa.
Jest to pierwsza część trylogii. Przed samym kupnem książki z ciekawości przeczytałam opinie na jej temat. W większości przypadkach była przedstawiana                w samych superlatywach. Ale jak to ja, trochę mnie to zniechęciło przez co zwlekałam z jej przeczytaniem. Błąd. Teraz jednak wiem, że te osoby miały rację.
Historia rozgrywa się w Sankt Petersburgu. Większość akcji przebiega na powierzchni.  Naszym bohaterem jest Taran – doświadczony stalker. Otrzymuje on propozycję wyprawy w poszukiwaniu tajemniczego światła pojawiającego się Kronsztadzie(jest to port morski położony na wyspie Kotlin, 30 km od Petersburga). Z tym światłem związanych jest kilka legend. Niektórzy uważają że są to sygnały nadawane przez ludzi, którzy przetrwali katastrofę, a dla innych  jest to obiekt wyznawców kultu – droga do Arki.
Nasz bohater zgadza się na udział w wyprawie. Ku zaskoczeniu, za zapłatę zażądał nie amunicji ani prowiantu… tylko dwunastoletniego chłopca.! W misji na powierzchni  bierze również udział wyznawca kultu Exodusu oraz grupa stalkerów  (po raz pierwszy spotkałam się z tym,  że w ich szeregach znalazła się kobieta :)).
Schemat podróży jest dość prosty. Pełna niebezpieczeństw i śmierci towarzyszy. Mimo tego ta książka ma coś w sobie. Nie mogłam się od niej oderwać. Po przeczytaniu jednego rozdziału, nie mogłam się powstrzymać i czytałam kolejne. Cały czas trzyma czytelnika w napięciu. Przedstawia nam również  wiele ciekawych bohaterem z różnym bagażem doświadczeń.  Na końcu dowiadujemy się jaką makabryczną prawdę kryje tajemnicze światło. Akcja obraca się o 360 stopni. Co było dla mnie wielkim zaskoczeniem.
Co jeszcze podobało mi się w tej książce?
Relacja naszych głównych bohaterów. Na początku chłodna, opierająca się na wykonywaniu przez chłopaka poleceń zadanych przez stalkera. Wraz z rozwojem akcji można zaobserwować wiele cech łączących dwóch bohaterów. Można powiedzieć że stalker stał się ojcem dla naszego chłopca.
Książka kończy się epilogiem. Zapowiada on kolejne wydarzenia, plany naszych bohaterów oraz jeden (jak dla mnie)  pozytywny i zaskakujący motyw. Ale tego nie zdradzę. Bardzo polecam tą książkę.
DJ

sobota, 2 lipca 2016

Luxtorpeda w Tomaszowie Maz.

2016-06-19 Luxtorpeda w Tomaszowie Mazowieckim



No i przyszła słoneczna niedziela... fakt, że przez chwilę mimo pięknego słońca, z nieba sączyły się krople deszczu nie umknął mojej uwadze. No, ale nie czas na moje dywagacje na temat pogody jaka zagościła nad Tomaszowem Mazowieckim późnym popołudniem 19 czerwca. Zdarzyło się tam wtedy coś o wiele bardziej niesamowitego.
Poznańska grupa Luxtorpeda odwiedziła moje okolice i zagrała na ulicy POW w ramach imprez kulturalnych Tygodnia Antoniańskiego.
Księża parafii Św. Antoniego zdecydowanie wiedzą, co dobre. Jak się okazało Luxi mają w Tomaszowie i okolicach wielu oddanych fanów, bo niewielki tłumek ludzi, który widziałam na początku imprezy stopniowo się rozrastał.
Grupa niesamowity, jak się później okazało, koncert otworzyła jednym z najbardziej znanych utworów „Mambałaga”. Ludzi niosła muzyka. Wiele kawałków publika wybrała na bieżąco, ponieważ jak Robert Friedrich – Litza – powiedział, grają jak zwykle bez przygotowania.
Niemałym zdziwieniem był dla mnie tak dobry odbiór zespołu na imprezie rodzinnej. Jeszcze bardziej niesamowitym widokiem dla mnie były dzieciaki siedzące pod sceną i kiwające się w rytm ostrego rockowego brzmienia. Najbardziej urzekła mnie pewna dziewczynka. Przed koncertem podbiegła do Roberta Drężka – Drężmaka – i podała mu małą figurkę przedstawiającą aniołka z gitarą. Drężmak podziękował ze sceny i nazwał ją Małą Księżniczką. Przez cały koncert dziewczynka siedziała na barana u ojca i ilekroć na nią spoglądałam śpiewała. Znalazła jak sądzę wszystkie utwory zespołu.




Kiedy artyści zagrali utwór „44 dni”, świeczki stanęły mi w oczach. Co wcale nie oznacza, wcześniejsze utwory mnie nie wzruszały.
W pewnym momencie Litza powiedział, z to niesamowite – rockowy koncert, a ludzie stoją i słuchają. I tak właśnie było.
Trzeci raz byłam na koncercie Luxtorpedy. Za każdym razem uważnie słuchałam wszystkiego, co lider zespołu mówił pomiędzy utworami o życiu, miłości, czy genezach utworów i zawsze było to dla mnie niesamowicie poruszające przeżycie.
Mimo niezbyt dobrego nagłośnienia, podczas całego czasu trwania koncertu ciarki biegały mi po ciele od stóp do głów.
Nie mogę się doczekać kolejnych imprez z Luxami! Może trafi mi się jakiś koncert klubowy?

Pozdrawiam wszystkich czytelników,


Brownie

czwartek, 30 czerwca 2016

TOP10 ulubionych horrorów cz.I

Witajcie, dziś chciałabym z wami się podzielić moim osobistym TOP10 horrorów, które uważam za najlepsze (jak do tej pory). Chcę też krótko wstępnie powiedzieć jak będzie wyglądała rubryka
"#Elm St". Nie będzie tu tylko recenzji, znajdą się tu również tak jaki dzisiaj TOP różnych zestawień, ciekawostki, wyjaśnienia pewnych nazw i artykuły nawiązujące do historii na których wiele horrorów się opiera (Prawdziwe historie "Horrorów na faktach") a także o fenomenach w świecie grozy. Dzisiaj jednak lekko zaczniemy od krótkiej topki, nie będzie tu szczegółowej recenzji, ponieważ skoro znalazły się na liście najlepszych to chyba wiadomo. Ta Topka pojawi się jeszcze w paru częściach, ponieważ za dużo mam horrorów ulubionych by umieścić je na jednej liście ;) 


1. "Koszmar z ulicy Wiązów" reż. Wes Craven ("A Nightmare on Elm Street" - 1984)

W miasteczku Springwood grupę nastolatków zaczynają nękać koszmary senne z mężczyzną o zmasakrowanej twarzy i rękawicy z nożami. Wszystko choć dziwne nie wydaje się niczym nadzwyczajnym... dopóki sny nie stają się realistyczne do tego stopnia, że młodzież zaczyna ginąć.

Jakże mogłoby zabraknąć horroru, od którego powstała nazwa tej rubryki ;)
Typowy slasher z lat 80... ale pod okiem mistrza i dzięki grze niesamowitego Roberta Englunda, czyli odtwórcy głównego antagonisty, ten horror do dziś dla mnie jest numerem jeden a słynna rymowanka gra w moich uszach a słowa wryły się w pamięć. Postać Freddy'ego Kruegera zostanie na zawsze w sercu ;)




2. "Halloween" reż. Rob Zombie (2007)

Michael Myeres ucieka ze szpitala psychiatrycznego by zabić swoją młodszą siostrę. 


Jest to nie do końca remake horroru Johna Carpentera z 1978 roku. Czemu nie do końca? Ponieważ w tym filmie poznajemy Michaela jako małego chłopca. I ot mi się podoba! Wiele osób znienawidziło ten horror, jednak ja sądzę inaczej. Bardzo brutalny, brudny takie jak inne filmy Roba (np.: "Bękarty Diabła"). Genialnym pomysłem jest to, że widzimy w jakim momencie i jakie czynniki wpłynęły na to kim został. No i mimo, że jest to remake/prequel to nie został spaprany co jest częste. To nie odgrzany schabowy tylko zupełnie inne krwawe danie :)






3. "Coś" reż. John Carpenter ("The Thing" - 1982)

W bazie badawczej na Antarktydzie "coś" morduję naukowców.


Jeden z niewielu horrorów sci-fic, które na prawdę mi się podobały. John Carpenter sam w sobie jest jednym z geniuszy filmów. Dołożył sporą cegiełkę do tworzenia sztuki grozy. Film "Coś" może wielu z was śmieszyć przez formę jaką są stworzone potwory. Nie było wtedy takich sztuczek komputerowych jak dziś, jednak uważam, że w wielu wypadkach wolałabym widzieć formę jak z lat 70' czy 80' niż dzisiejszych niektórych gniotów. Jeśli chcesz zobaczyć jak wyglądały potwory kiedyś, koniecznie zobacz. Jeśli kochasz horrory... powinieneś już dawno go obejrzeć.









4. "Naznaczony" reż. James Wan ("Insidious" - 2010)

Syn Renai i Josha zapada w śpiączkę, okazuje się, że przeniósł się od świata zmarłych.


W dzisiejszych czasach horrory w swojej formie są po prostu... złe. Niestety. Opierają się na jump scenach, owszem nie przeszkadzają mi one, jednak nie może cały film się na nich opierać. Albo kolejnym aspektem jest też nadmiar efekciarstwa komputerowego, co po prostu w nadmiarze jest nie tylko zauważalne, ale i razi (chyba najwięcej ich było w latach 2000-2005). Ten film taki z pewnością nie jest. Muzyka w filmie i postać demona po prostu mrozi krew w żyłach. 








5. "Obecność" reż. James Wan (The Conjurning - 2013)

Dwójka demonologów Ed i Lorraine Warren, przyjeżdżają by pomóc rodzinie Perronów z demonicznymi nawiedzeniami w ich domu.

I znów nazwisko James Wan pojawia się na mojej liście. Oczywiście nie przypadkowo. Obecnie jego horrory są najlepszymi (według mnie) w świecie grozy XXI w. 
Charakteryzacja postaci, muzyka i klimat... Taki powinien być horror! Nawet jeśli nie przepadacie za ghost story to powinniście obejrzeć ten film. Mnie duchy w horrorze zaczęły  w pewnym momencie najzwyczajniej nudzić. Ten horror zdecydowanie nie nudzi...
Polecam gorąco zwłaszcza, że to kolejna część już w kinach a o spin-offie drugiej części już krążą pogłoski :)






6. "Laleczka Chucky" reż. Tom Holland ("Child's Play - 1988)

Seryjny morderca Charles Lee Ray tuż przed śmiercią umieszcza swoją duszę w lalce, która następnie trafia do małego chłopca Andy'ego.

Choć dziś nie bawię się lalkami, to tą chętnie bym przygarnęła ;) Kolejny slasher i kolejny morderca z poczuciem (czarnego) humoru. Jestem fanką slasherów, może też dlatego się tu znalazły, jednak uważam, że sposób zrobienia z rudowłosej lalki głównego antagoniste, który jest niebezpieczny to już ktoś musiał wykazać się fantazją. Dziś nie straszy, ale pokazuje jak kiedyś były tworzone efekty i ile pracy to wymagało. Makiety, poruszająca się lalka nie była stworzona w komputerze od podstaw tylko była po prostu robotem. Wysiłek był i się opłaciło, w końcu doczekał się statusu kultowego horroru i nowej wersji w roku 2013.





7. "Piła" reż. James Wan ( "Saw" - 2004)

Dwóch mężczyzn obudziło się przykuci do rury w piwnicy. Zdają sobie sprawę, że są teraz częścią zabawy mordercy. Gra rozpoczęta.

Krwawy, brutalny. Horror z elementami gore, który miał być tylko kolejnym koszmarkiem na DVD, a okazał się kasowym hitem. Ta seria zyskała wielu zwolenników, ale i równie wielu przeciwników. I też dlatego jest dobry. Najgorsza jest obojętność. Ja z pewnością należę do pierwszej grupy. Dlaczego? Ze względu na myślenie głównego antagonisty. Jest sadystyczny w swoich gierkach, jednak jego szaleństwo miało dla niego i innych jakiś sens. Połączenie sadystycznego zbawcy z filozofem, który równie dobrze mógłby stworzyć sekte. Świetnie wykreowana postać a Tobin Bell w tej roli, to wisienka na torcie :)





8. "Martwa cisza" reż. James Wan ("Dead Silance" - 2007)

Jamie po śmierci swojej ukochanej, wyjeżdża do rodzinnego miasta, by znaleźć kto lub co za tym stoi. Odpowiedzi szuka w historiach o starej brzuchomówczyni i jej piekielnych lalkach.

Znów lalki i znów James Wan. Cóż mogę na to poradzić ;) Gdy byłam mała pewnie jak wielu z was oglądałam "Gęsią Skórkę". Uwielbiałam to! A jeden z odcinków z lalką brzuchomówcy, która nazywała się Slappy bardzo zapadła mi w pamięć. Zwłaszcza odczułam to w sennych koszmarach ;) Mamy tu nie tylko zwykłego straszaka z lalkami i duchami, ale ciekawą łamigłówkę dla widzów. Uwielbiam gdy w filmach czy to horror czy inny gatunek, gdy poszlaki są rozrzucane po drodzę a na końcu sklejamy całą układankę i wszystko staje się jasne, ale i nie wiarygodne. Zaskoczenie. To z pewnością czułam po seansie. 





9. " Nieznajomi" reż. Bryan Bertino ("The Strangers" - 2008)

Kristen i James zostają zaatakowani przez nieznanych napastników, w ich własnym domu.

Prosta fabuła, można powiedzieć, że dość realna ponieważ ile razy na świecie ktoś włamuje się komuś do domu? Dziś jest to nagminne. Horrory typu home invasion posiadają świtny klimat. Czujesz się osaczony, ponieważ miejsce które było do tej pory twoim azylem dziś staje się zupełnie obce, trochę jak labiryn. Niby go znasz, ale nie wierz gdzie ukrywa się niebezpieczeństwo. Przeraża nas jeszcze jedna myśl, że jest to realne zagrożenie (podobnie działają horrory z dopiskiem "oparte na faktach"). Wtedy wracając z kina, do domu, późnym wieczorem, gdy widzimy, że ktoś za nami idzie zawsze dla nas będzie to morderca nawet jeśli to siedemdziesięcio letnia staruszka. Te horrory nie straszą, nie są zazwyczaj krwawe. Są klimatyczne i stresujące. Uwielbiam je oglądać, a ten film był moim pierwszym z tej kategorii, który widziałam i wciąż najlepszym. 





10. "Lśnienie" reż. Stanley Kubrick ("The Shining" - 1980)

John podejmuje pracę jako dozorca w hotelu. Wkrótce pobyt w pięknym hotelu okaże się przekleństwem.

Horror na podstawie książki Stephena Kinga o tym samym tytule. Klasyk. Trzech mistrzów. Jeden napisał książkę, drugi wyreżyserował a trzeci zagrał tak, że się zakochałam ;)
Wiem, że samemu autorowi nie podobała się ta adaptacja, jednak ja uważam ją za kunszt grozy i paranoi. Dla mnie ten film to przede wszystkim Jack Nicholson, genialny w roli szaleńca. Ten kto mnie zna wie, że Nicholson jest dla mnie postacią niewiarygodnie podziwianą. "Lśnienie", znalazło się tutaj też dlatego, że poziom szaleństwa i paranoi w jaką popada nie tylko bohater, ale i widz, jest niesamowita. Interakcja. To jest sztuka.




Kavka





poniedziałek, 27 czerwca 2016

Nowy Rok i Tanabata


Witajcie kochani, dzisiaj przychodzę do was z wiadomościami dotyczącymi świąt oraz festiwali obchodzonymi w Japonii. Dobra no to nie przedłużając zapraszam was do czytania.Nowy Rok (jap. 正月 三が日 - Shōgatsu san-ga-nichi – trzy dni stycznia) Trwa od pierwszego stycznia i jak można się domyśleć trwa do do trzeciego stycznia. Japończycy podczas trwania tego święta bawią się, piją alkohol (sake) oraz spędzają czas z najbliższymi. W Japonii, Japończycy przywiązują wielką wagę do swoich prywatnych spraw, więc Nowy Rok, jest dla nich okazji na załatwienie swoich porachunków do końca, pozostawienie smutków daleko w tyle, tak aby przywitać nowy rok z nową energią i planami na przyszłość. 

Przed obchodzeniem nadejścia nowego roku, w domu każdego Japończyka

panują solidne prace porządkowe. Po obu stronach wejścia domu ustawia się kado-matsu, czyli
specjalne ozdoby składające się z ostro przyciętych bambusów związanych słomą i przystrojonych gałązkami sosny. Japończycy wierzą, że jest to miejsce zamieszkania Toshigami, czyli bóstwa przynoszącego dobrobyt i urodzaj. Całe Tokio w tym okresie jest udekorowane przez ich mieszkańców. Lampki, światełka nie stanowią wyjątku. 
Kolejnym elementem na który warto zwrócić uwagę jest shimenawa jest to wiązanka zrobiona ze słomy ryżowej i papieru. U nas jest to odpowiednik stroika na drzwi. Japończycy wierzą, że ta ozdoba odstrasza złe duchy, które mogą zniszczyć ich spokój w czasie Nowego Roku oraz reszty dni. 

1 stycznia japońska rodzina spędza czas w swoim gronie. Dzień rozpoczynają od uroczystego śniadania, potem udają się do świątyni. Bardzo dużo osób tego dnia kupuje tzw lalki Daruma. Są to lalki o charakterystycznym kształcie i wyglądzie. Mówi się, że jeżeli masz tę lalkę przy sobie żadne przeciwności losu nie są ci straszne :).
2 i 3 stycznia to dzień postanowień. Bardzo dużo osób wkłada zdjęcia Siedmiu Bogów Szczęścia pod poduszkę. Liczą, że zapewni im to szczęście. U nas opiera się to na podobnej zasadzie. Małe dzieci wkładają mleczne zęby pod poduszkę, licząc, że wróżka zębuszka wrzuci im pod poduszkę pieniążka :) Czas jest spędzany na grach i zabawach. Po całym świętowaniu ozdoby ulegają spaleniu przez ich mieszkańców. Świętowanie kończy się na jedzeniu ciasta ryżowego. 
Dobrze wyjdźmy z zimowych klimatów i przenieśmy się w cieplejsze strony...

Tanabata - jest to święto obchodzone 7 lipca. Tego dnia zbliżają się do siebie dwie stęsknione gwiazdy Wega i Altair. Spotykają się tylko raz do roku, tego dnia spełniają się marzenia. A przynajmniej tak twierdzą Japończycy. Święto to wywodzi się akurat od chińskiego festiwalu pochwały dla umiejętności. Japończycy tego dnia rozwijają swoje fantazje i piszą swoje marzenia na papierze. Oj zazdroszczę, ciekawe o czym wy byście napisali, jeżeli chcecie podzielić się tym ze mną napiszcie w komentarzach :) Wracając...życzenia, marzenia wieszane są na krzewach bambusowych.

A skąd wzięło się samo święto? Tak na prawdę, niektórzy twierdzą, że jest to święto powstałe z legendy...Młody rolnik, pewnego dnia znalazł szatę bijącą pięknym blaskiem. Okazało się, że owa szata należała do Bogini Tanabaty. Bogini szukając swojej zguby trafiła na rolnika. Jednak nie przyznał się, że szata znajduje się w jego posiadaniu. Zakochał się. Nie chciał jej stracić, więc zaproponował wspólne jej poszukiwania. W czasie trwającej podróży zakochali się w sobie, wydając na świat duże potomstwo. Pewnego dnia żona odnalazła swoją szatę w domu męża. Jej gniew mąż mógł wyczuć z daleka, jednak zdołał ją udobruchać. Żona powiedziała, że spotkają się ponownie, jeżeli wyplecie tysiąc par butów. Jednak mężowi nie udało się spełnić rozkazu Bogini. Mieli nigdy się już nie spotkać, jednak mówi się, że raz do roku odrodzeni jako gwiazdy widują się...kiedy? Właśnie 7 lipca.      

Jest to święto, mające pozytywny przekaz. Tego dnia miasta zapełnione są stoiskami z jedzeniem oraz ozdobami. W wielu miejscach można zauważyć piękne przystrojone uliczki. Można nawet wybrać miss  Tanabaty :)
Mam nadzieję, że się wam podobało, pozdrawiam :)                                       
                            

Ev.

sobota, 25 czerwca 2016

One on one. Paul McCartney w Pradze.




Tydzień pełen wrażeń! Kilka dni po Comie w Warszawie przyszedł czas na kolejną podróż życia – piękna stolica Czech już na mnie czekała. Rzecz jasna nie obyło się bez zwiedzania pięknego praskiego Starego Miasta i zgubienia się w metrze, bo te punkty wycieczki trzeba było odhaczyć z listy rzeczy do zrobienia.
Wieczorem 16 czerwca już tyle o ile ogarniałam praskie metro. Bez większych problemów z jedną przesiadką dotarłyśmy razem z przyjaciółką na O2 Arenę. Towarzyszył nam tłum ludzi w t-shirtach z nadrukowanymi charakterystycznymi czterema mężczyznami przechodzących przez przejście dla pieszych. Rzecz jasna koszulki Abbey Road nie były jedynymi jakie spotkaliśmy, ale znacznie górowały ilością nad pozostałymi wzorami.
Po przejściu przez ochronę, która dokładnie sprawdzała, czy nie chcemy zabić nikogo pilniczkiem do paznokci (ostrożności nigdy za wiele!), ruszyłyśmy na poszukiwanie naszych miejsc. Zajęło nam to trochę czasu, ale kiedy usiadłyśmy na trybunie, ogarnęło nas to cudownie przejęcie. Siedziałyśmy dokładnie na wprost boku sceny i jak na tę wysokość zasadniczo blisko.
Emocje rosły. Nie mogłam się doczekać... aż w końcu tłum na płycie zaczął szaleć! Na scenie pojawił się wyczekiwany Paul McCartney.
Koncert otworzył utworem „A Hard Day's Night” dobrze znanym fanom z repertuaru zespołu The Beatles. Artysta wykonał 32 utwory (nie licząc 6 bisów). Większość z nich została nagrana lata temu przez Beatlesów, ale wiele należało do solowego dorobku artysty jak i do grupy Wings.



Byłam niesamowicie usatysfakcjonowana koncertem. Usłyszałam jedne ze swoich ulubionych utworów jak na przykład „Love Me Do”, „Queenie Eye”, „Eleanor Rigby”, „Something” i „Live and Let Die”. Przy ostatnim z wymienionych kawałków pokazano niesamowite show z udziałem ognia i fajerwerków! Coś niesamowitego!
Ostatnim utworem było „Hey Jude”, którego nie mogło zabraknąć, a bisy otworzyło piękne i ponadczasowe „Yesterday”.

Byłam pod ogromnym wrażeniem siedemdziesięciocztero letniego muzyka. Na scenie był po prostu niesamowity! Biegał, tańczył, zachęcał ludzi do zabawy. Świetne było dla mnie również to w jaki sposób śpiewał. Każde słowo dało się bezproblemowo zrozumieć, nawet nie znając tekstów piosenek. Dykcja Paula jest wręcz zniewalająca w zestawieniu z tymi wszystkimi genialnym utworami. Nawet kiedy starał się mówić po czesku, dałam radę coś zrozumieć! A warto nadmienić, że nawet w najmniejszym stopniu nie znam tego języka :D
Takiego przeżycia jakiego dostarczyłam na koncercie w Pradze z trasy „One on One” życzę każdemu z Was! Przywiozła stamtąd wspomnienia, których nigdy nie zapomnę.



Następnym razem opowiem o imprezie, na którą nie musiałam jechać aż tak daleko ;)

Pozdrawiam ciepło,
Brownie!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka