sobota, 23 lipca 2016

"ZOMBIE SURVIVAL"

„ZOMBIE SURVIVAL – podręcznik technik obrony przed atakiem żywych trupów”

Wyobraźcie sobie, że teraz kiedy przeglądacie bloga w waszym mieście dochodzi do dziwnych wypadków. Każdy z nich łączy dziwne zachowanie mieszkańców. Ofiar jest coraz więcej. Ludzie plotkują. Władze starają się zapanować nad tym bałaganem, zapobiegając panice. A ty myślisz nad tym, że gdzieś już to widziałeś/ łaś. Koszmar a dla niektórych” spełnienie marzeń” staje się prawdą. I najważniejsze pytanie: Co w tej sytuacji zrobisz? Jak się zachowasz? Od czego zaczniesz?
Od razu przychodzi mi na myśl badass z arsenałem zmodyfikowanej broni na zombie. Jak z jakiejś gierki. Dość hardkorowo :) Jednak wiemy, że tak nie jest. Ci którzy się tym interesują wiedzą o podstawach z filmów, książek. A co zresztą ludzi? Niech giną? Tutaj z pomocą przychodzi nam Max Brooks autor m.in. „World War Z”.
Autor przeanalizował Wirus Solanum (nazwany inaczej wścieklizną afrykańską – znalazłam to w nonsensopedii :)). Pierwszy rozdział dotyczy jego rozpoznania, objawów, sposobów zarażenie itd. Prawie jak w encyklopedii. W kolejnych rozdziałach autor wybrał i opisał najskuteczniejsze metody walki ( jakiej broni użyć: czy białej, czy palnej), środki transportu. Brooks zawarł informację o zastosowaniu przeciw zombie ognia, broni biologicznej, prądu elektrycznego (można by dłużej wymieniać). Przeanalizował różne scenariusze epidemii. Najlepsze miejsca do przetrwania ( krainy geograficzne). Nie umknęły mu również uzbrojenie oraz taktyki w zwalczaniu zombie.
Najbardziej spodobał mi się rozdział poświęcony zapasom. Autor zebrał w nim spis przedmiotów, które powinny znaleźć się w naszym „ekwipunku” w razie apokalipsy. Apteczki, konserwy i inne rzeczy. I co najlepsze wyliczone dla jednej osoby. Niektórzy w to wierzą, niektórzy nie. Ja myślę, że taka lista jest przydatna nawet w razie bardziej prawdopodobnej katastrofy.
Jest jeszcze jeden dość kontrowersyjny temat. Autor zamieścił w książce rozdział poświecony zombie w historii świata. Najstarsza zmianka o żywych trupach sięga czasów p.n.e. Przypadki zombizmu pojawiały się na całym świecie. Sceptycznie podeszłam do tego tematu, lecz wydaje mi się warty przeczytania. Niektóre z nich były ciekawe.
Komu mogę polecić tą książkę? Osobą lubiący takie klimaty. Zainteresowanym obroną przed zombie. Nie wiem. Książkę czyta się przyjemnie. Jak taki dobry podręcznik przysposobienia obronnego. Jak dla mnie zawarte w nim informacje przydadzą się tak jak wcześniej wspomniałam w bardziej prawdopodobnych sytuacjach. A zombie i apokalipsa to taka otoczka, która ma zaintrygować czytelnika. Są ludzie, którzy w to wierzą. I szczerze trochę mnie to przeraża, że nawet są bardziej  przygotowani na coś takiego.
Czy prawda czy nie, wielki szacunek dla autora za poświęcenie. Kartkując ostatnie strony trafiłam na długą listę podziękowań od autora za pomoc w tworzeniu książki.
PS: na końcu znalazłam dziennik epidemii, miejsce na notatki ;)
Do zombiaczenia :)

DJ

wtorek, 19 lipca 2016

Punk Rock w Jedlińsku

Pierwszy piątek lipca był całkiem ciekawym doświadczeniem. Prawie dwugodzinna wyprawa do miejscowości niedaleko Radomia nie była męcząca. Warto nadmienić że w ogóle nie wiedziałam, czego spodziewać się po imprezie na jaką jechałam. Oczywiście nie obyło się bez błądzenia i zgubienia drogi, bo nawigacja poprowadziła nas w inne miejsce. W miarę szybko dało się jednak odnaleźć na trasie Warszawa – Radom i po niedługim czasie dotarliśmy na mały plac, gdzie odbywała się impreza klubów motocyklowych.
Zaczęła się zabawa z organizatorami, bo nikt nie wiedział kiedy gra. Te przeciwności dało się jednak szybko pokonać.
Jako pierwszy scenę zajął zespół Ale. Muszę szczerze przyznać, że trochę zawaliłam sprawę, bo nie przysłuchiwałam się ich muzyce zbyt wytrwale. Mogę jedynie powiedzieć, że występ grupy nie był zbyt porywający. Publiczność zebraną na terenie imprezy znacznie bardziej poruszyła… płonąca butla gazowa. Nikomu nic się nie stało, a mały pożar szybko ugaszono.
Niedługo po incydencie zaczęło zbierać się coraz więcej ludzi, a po kolejnych kilku chwilach zajechała gwiazda wieczoru. Gwiazda, którą wszyscy przynajmniej kojarzą.
No, bo któż nie zna hitów tak często granych na weselach jak „Każdy facet to świnia” czy „Rudy się żeni”. Tak, mowa o zespole powstałym jeszcze w ‘88 roku ubiegłego wieku na łódzkim osiedlu akademickim „Lumumbowo”.
Big Cyc z przytupem weszli na scenę i powitali już podchmielonych już uczestników imprezy utworem „Berlin Zachodni”. Stałam sobie spokojnie z boku wszystkiego i obserwowałam bawiących się w rytmie punk rocka i ska ludzi. I był to zdecydowanie przyjemny widok. Jedni panowie skakali, inni wyciągali swoje kobiety do tańca. Krzysztof Skiba podsycał zaspał ludzi za każdym razem, jak nieco zwalniali.
Nie znam wielu ich utworów, a zwłaszcza tych pochodzących z najnowszego albumu zespołu pod tytułem „Czarne słońce narodu” (2016), ale muzyka porywała. Akurat zdarzyło się tak, że artyści zagrali tych kilka kawałków, które znam. Usłyszałam między innymi „Rudy się żeni”, „Antoni wzywa do broni”, „Ja nie zgadzam się”, „Kocham piwo”, „Guma”, „Każdy facet to świnia”, „Moherowe berety”, „Makumba” oraz oczywiście tytułowe utwory seriali „Słoiki” i „Świat według Kiepskich”.
Po wielu bisach Big Cyc zeszli ze sceny, a na niej zaczął instalować się piotrkowski zespół Rail, który pokazał, że dobra muzyka w młodych ludziach nie umarła. Szkoda tylko, że przez wzgląd na późną godzinę, większość ludzi zwinęła się już do domów, domków letniskowych lub namiotów.
Na koniec powiem, że koncert Big Cyca był fajny, ale jego zasadniczym minusem jest dla mnie to, że okazał się być też bardzo polityczny. To tylko moja subiektywna opinia, ponieważ bardzo nie lubię, kiedy polityka zaczyna się wkradać w jakąkolwiek dziedzinę sztuk.
Muzycy okazali się też być ciekawymi i ciepłymi ludźmi, kiedy przed i po ich występie miałam okazję zamienić z nimi kilka zdań. Kiedy odjeżdżali również nie zapomnieli przybić piątki, uściskać się albo chociaż pomachać.
Podsumowując całą imprezę ze względów technicznych, organizacyjnych, BHP i tak dalej, mogę jedynie powiedzieć, że było słabo. Ale patrząc na bawiących się ludzi i niezłych muzyków, generalnie dochodzę do wniosku, że event udał się całkiem nieźle.


Do następnego koncertu!
Brownie

piątek, 15 lipca 2016

Ach, ten Jack...


"W tej branży są tylko dwa sposoby pięcia się w górę. Szczebel po szczeblu albo pazurami, po trupach. Musiałem mieć twarde paznokcie"

Jack Nicholson.
Myślę, że nie muszę go nikomu przedstawiać. Jeśli jednak, nie wiesz kto to jest, to w tym momencie masz włączyć jeden z filmów, które Ci tu przedstawię. 
I to JUŻ!
Jeden z najlepszych aktorów w historii obecnego kina, stał się legendą już za życia a jego szelmowski uśmiech z wysoko podniesionymi brwiami stały się jego znakiem rozpoznawczym.
Jego gra i silna osobowość wpływa na każdy film w jakim się pojawia, czy w mniejszym czy większym stopniu.
Postacie, którego zwykle grał były nacechowane tą dozą psychopatycznej energii co nadawało niezwykłej ekspresji. Mogłabym o Jack'u rozpisywać się na wiele stron, ponieważ nie ukrywam, jest to mój ulubiony aktor :)

Jednak nie będę wam opisywać tu jego biografii, zachęcam za to do jej przeczytania.
"Nicholson" Marca Eliota, pokazuje nam kulisy powstania takich filmów jak Easy Rider czy Lśnienie Stanleya Kubricka i wielu innych. Gdy tylko zobaczyłam tą książkę na półce w księgarni, nawet się nie zastanawiałam, po prostu musiałam ją mieć. I nie zawiodłam się. Na początku, jeszcze za nim się wzięłam za jej czytanie, sądziłam że sporo wiem... Nawet nie wiedziałam jak bardzo się myliłam.
Miałam małe problemy z pierwszymi rozdziałami, ponieważ lata Easy Rider nie były mi jeszcze dobrze znane, dlatego musiałam sięgać do pomocy jaką jest internet ;)
Szybko jednak książka mnie pochłonęła wraz z wolnym czasem jaki miałam, ale nie żałuje ani minuty. Oczywiście prócz ciekawostek z planów filmowych i gal mamy także część życia prywatnego, czyli kontrowersyjną ikonę kina, hedonistę, babiarza z kurwikami w oczach ;) ale jest również koneserem sztuki ceni sobie chociażby dzieła Tamary Łempickiej. A nawet sam pisze i maluje, jak zdradza Rob Reiner. Żałuję w tylko jednego... że nie jest to autobiografia, przyznam, że bardziej jednak ciekawiłoby mnie historia Jack'a jego słowami i jego oczami, ale cóż. Może, jeszcze kiedyś powstanie (choć wątpię). 


"Nie ma mowy, żebyś był wiarygodny na ekranie kinowym, jeśli z telewizji ludzie wiedzą, kim naprawdę jesteś" 



Ta książka jest z pewnością lekturą obowiązkową dla fanów aktora, mi osobiście te kulisy kręcenia wielu znanych nam scen ze srebrnego ekranu, najbardziej się spodobały. Dlatego, nie mogłam odmówić gdy zobaczyłam tę książkę - "Nicholson. Osobisty album Jacka Nicholsona". Znajdziemy w nim nie tylko zdjęcia i kadry z filmów w których Nicholson grał, ale także, jego cytaty, parę słów o Jack'u od ludzi z jego grona a także jego własne słowa i oczywiście ciekawostki zza kulis ;) Przyznam, że przeczytałam ją w max. 2 godziny od kupienia. Jest krótka a jednocześnie bogata w zdjęcia i fakty o aktorzy. Jest zdecydowanie lżejsza niż książka Marca Eliota, ponieważ u Eliota mamy zdecydowanie więcej szczegółów i samych informacji, więc można w pewnym momencie poczuć zmęczenie, ale tylko chwilowe, a poza tym, wierzcie mi... warto, jeśli lubicie Nicholsona tak, jak ja ;)


"Ludzie, którzy mówią metaforami, powinni czyścić mi buty"

Aby zachęcić Was do przeczytania choć jednej z książki, mam dla was przygotowane parę smaczków z "Osobistego albumu Jacka Nicholsona", a to tylko małe fragmenty z ponad 200 stron.

1. Jack był szczególnie dumny ze swojej roli Jokera w oryginalnej wersji Batmana z 1989 roku. Bob Kane, który w 1939 roku stworzył komiks Batman, osobiście zażądał powierzenia Jackowi roli nemezis Batmana

2. Wielu statystów w "Locie nad kukułczym gniazdem" (1975) było prawdziwymi pacjentami stanowego szpitala psychiatrycznego w Salem

3. Jack od początku cieszył się opinią niegrzecznego chłopca. Przyznaje, że podczas kręcenia pewnej sceny z filmu "Easy Rider" z 1969 roku, wypalił 155 jointów. Pewnego dnia, razem z kolegą z planu, Dennisem, wzięli LSD i biegli środkiem autostrady. Następnego ranka Jack obudził się gdzieś w lesie.

4. Tkwiąca w Jacku bestia nie zawsze jest spokojna. W 1994 roku, podczas scysji z innym kierowcą, Jack stracił cierpliwość i wyładował swoją złość na cudzym samochodzie, wybijając w nim szybę kijem golfowym. Usprawiedliwiał się tym, że "Używam grafitowych kijów i myślałem, że kij się złamie".

5. Po szeregu prób przekonującego zagrania sceny konfliktu pomiędzy Nicholsonem a graną przez Faye Dunaway postacią Evelyn, Dunaway powiedziała Jackowi, żeby ją spoliczkował. Jack zrobił to i taka scena trafiła ostatecznie do filmu.

6. Wypowiedź Susan Sarandon: "Zdjęcia do filmu "Czarownice z Eastwick (1987) trwały długo, w dodatku w burzliwej atmosferze, a w tym czasie moja córka miała 18 miesięcy, więc sytuacja była kłopotliwa. Jack okazał się wyjątkowo dobrym człowiekiem. Zapraszał moją córkę Evę i mnie na lunch do swojej przyczepy, gdzie jadały też Cher i Michelle, chociaż ja pewnie pochłaniałam więcej niż oni wszyscy razem. Eva uwielbiała Jacka. Pewnego dnia gdy Jack, ucharakteryzowany na diabła, wlókł się przez plac w Bostonie, pobiegła do niego z wyciągniętymi ramionami, wołając "Jack, Jack!" Jack, spojrzał na mnie i powiedział "Mówiłem ci, że to nie jest wystarczająco straszne".

7. Leonardo DiCaprio o Jacku Nicholsonie podczas "Infiltracji": "Kiedy przyszedłem następnego dnia, Jack był rozczochrany i mruczał coś do siebie, a rekwizytor dał mi cynk, że ma gaśnicę, butelkę whisky, zapałki i pistolet. Usiadłem przy stole, nie wiedząc, czego się spodziewać, a wtedy Jack rozlał whisky i podpalił stół, przykładając mi lufę pistoletu do twarzy. To zmieniło całą dynamikę sceny, ale tak działa Jack - sprawia, że jesteś lepszy, zmusza cię do reagowania, bo grany przez ciebie bohater reaguje na poczynania śmiercionośnego maniaka".


8. Jack Nicholson o filmie "Schmidt": "[Schmidt] to facet e depresji, a ponieważ grałem go przez 12 do 14 godzin dziennie, wszedłem w tę postać. Upodobniłem się fizycznie, Ciężko mi było spojrzeć w lustro, bo od razu myślałem" cholera, czy ja się z tego kiedyś wygrzebię? Ale nie widziałem sensu w wychodzeniu z depresji po nakręceniu jakiejś sceny, skoro za chwilę znów miałem grać postać w depresji. Dlatego poszedłem na żywioł".

9. Do Jacka Nicholsona należy obecnie rekord w liczbie otrzymanych nominacji do Oscara dla najlepszego aktora. Wyprzedził pod tym względem takie gwiazdy jak Paul Newman czy Laurence Olivier.

10. Morgan Freeman o filmie "The Bucket List":  Zadzwonił do mnie Rob Reiner i powiedział - Mamy wspaniały scenariusz, chcę nakręcić na jego podstawie film i chcę żebyś w nim zagrał. - Zgoda. - odpowiedziałem. A kiedy przeczytałem scenariusz, pomyślałem sobie: w dobrych rękach to będzie niesamowity film. Zadzwoniłem więc do Roba - To miłe, ale mam zastrzeżenie, musisz wziąć jeszcze jednego aktora. - On zapytał. - Kogo? - A ja - Jacka Nicholsona. Na to Rob - Jacka? W porządku, spróbujemy".

11. Jack znany z miłości do koszykarzy Los Angeles Lakers (zdarzało się, że zdjęcia były ustawiane pod mecze tej drużyny, by Jack mógł je obejrzeć), potrafi wyrażać emocje w mało wyszukany sposób. Kiedy jego drużyna przegrywała w finałach NBA w 1984 roku z Boston Celtics, wyszedł z zacisza swojej prywatnej loży, zdjął spodnie i wypiął pośladki w stronę kibiców.

12. John Shaner o Jacku Nicholsonie: "Kiedy wybuchła rewolucja seksualna. Jack był - ujmijmy to w ten sposób - jednym z jej czołowych aktywistów"


"Born to be wild" - Steppenwolf
( Soundtrack z filmu "Easy Rider")


A teraz lista kilku filmów z udziałem Jacka Nicholsona. Po dzisiejszej mojej notce, mam nadzieję, że po choć jeden sięgniecie. Zapewniam, że nie zmarnujecie ani minuty a może się nawet zakochacie jak ja ;)
P.S: Są tu moje ulubione, ale nie wszystkie ponieważ lista musiałaby mieć z 40 punktów (np. "Chinatown", "Ludzie honoru", "Czułe słówka", "Przełomy Missouri" i wiele innych)

1. "Lot nad kukułczym gniazdem" (1975) "One Flew Over the Cockoo's Nest" reż. Milos Forman



Historia cwaniaka, który by uniknąć więzienia udaję umysłowo chorego i trafia do zakładu dla psychicznie chorych. 

29 nagród i 12 nominacji, w tym 5 Oscarów (zdobytych). Nie można nie obejrzeć TEGO filmu. 



2. "Choć goni nas czas" (2007) "The Bucket List" reż. Rob Reiner


Historia dwóch zupełnie odmiennych ludzi z różnych środowisk, których losy splotły się w nieoczekiwanym momencie. Postanawiają wyruszyć w podróż by zrealizować swoje marzenia przed śmiercią. 

Jack Nicholson i Morgan Freeman. Dwóch genialnych aktorów. Czego chcieć więcej?
Jest to piękna wzruszająca opowieść o przyjaźni, z momentami melancholii i niezłą dawką śmiechu.



3. "Lśnienie" (1980) "The Shining" reż. Stanley Kubrick


Jack podejmuję pracę w hotelu, jako dozorca. Pensjonat na czas zimy jest zamknięty, więc Jack wraz z rodziną są sami. Wymarzona praca, zmienia się jednak w koszmar. 

Obłęd w jaki popada główny bohater z sceny na scenę, jest niesamowicie rozbudowany. Idealny obraz szaleństwa w wykonaniu wyrobionego wariata ekranu.



4. "Lepiej późno niż później" (2003) "Something's Gotta Give" reż. Nancy Meyers


Harry przeszedł zawał serca w domu swojej młodej dziewczyny. Podczas kuracji zakochuje się, jednak w innej kobiecie... jej matce.

Nie przepadam za komediami romantycznymi, ale przyznaję, że ten film oglądam co roku w Walentynki. Ten jest kolejnym dowodem, że dobry aktor zagra i w filmie akcji i w prostym romansie.


5. "Schmidt" (2002) "About Schmidt" reż. Alexander Payne


Warren Schmidt ma już 60 lat i przechodzi na emeryturę, jednak wcale nie oznacza, że jest szczęśliwy. Wręcz przeciwnie. Umiera mu żona, córka wciąż go spławia i na dodatek wychodzi za mąż za faceta, którego Warren nie toleruje. Dopada go depresja. 

Dlaczego film "Schmidt" jest dobry? Ponieważ jest jednocześnie niezwykły przez swą szczerość i zwykły, ponieważ opowiada o normalnym człowieku z normalnymi problemami. Każdy z nas zna takiego Warrena Schmidta, a może nawet czasem sami nim jesteśmy.

6. "Swobodny Jeździec" (1969)  "Easy Rider" reż. Dennis Hopper


Dwóch hippisów wybiera się w motocyklową podróż przez Stany.

Hopper-Fonda-Nicholson. To mieszanka wybuchowa. Film kultowy. Nieakceptowani przez społeczeństwo dwóch przyjaciół wyrusza w wielką podróż. Ten film głęboko zapadł mi w pamięć, między innymi przez swoje ponadczasowe przesłanie. Nie zdradzę go wam jednak. Obejrzycie, zrozumiecie.

7. "Batman" (1989) "Batman" reż. Tim Burton


W mrocznym Gotham City, pojawia się złowrogi Joker. Władze miasta, nie są w stanie stawić mu czoła. W obronie mieszkańców staje tajemniczy Batman. 

Nicholson świetnie pasuje do roli świrów, szaleńców i antagonistów różnego rodzaju. Czarny charakter słynący ze swego szerokiego uśmiechu... oczywiście to musiało się udać. Sam autor oryginalnego komiksu o Batmanie, nikogo innego nie wyobrażał sobie w tej roli.

8. "Lepiej być nie może" (1997) "As Good as It Gets" reż. James L. Brooks


Ekscentryczny pisarz, znienawidzony przez wszystkich sąsiadów. Jedyną osobą, która go toleruje jest kelnerka w miejscowej jadłodajni, do której Melvin chodzi. 

Ten film pokazuje, w jaki sposób druga osoba potrafi zmienić to co w nas najgorsze na lepsze. Po prostu piękny. 


9. "Infiltracja" (2006) "The Departed" reż. Martin Scorsese



Tajniak w grupie przestępczej prowadzi niebezpieczną rozgrywkę z informatorem mafii w szeregach policji. 

Uwielbiam filmy o mafii i gangsterach. A Jack jako głowa irlandzkiej mafii w Bostonie to ideał... szalony ideał. Pozostała obsada jest równie gwiazdorska: Leonardo DiCaprio, Matt Damon czy Alec Baldwin, a wszystko to pod okiem samego Martina Scorsese ("Taksówkarz")

10. "Czarownice z Eastwick" (1987) "The Witches of Eastwick" reż. George Miller


Alexandra, Jane i Suckie marzą by spotkać mężczyznę, który spełni ich wszystkie oczekiwania. Wkrótce w miasteczku pojawia się nieznajomy, idealnie pasujący do ich wyobrażeń. W tym czasie kobiety odkrywają w sobie niezwykłe umiejętności. 

Do tego filmu mam szczególny sentyment ponieważ w nim po raz pierwszy zobaczyła Jacka Nicholsona. Kto jak nie on pasuję do tak diabolicznej roli ze swą mimiką i wariackim temperamentem. 



"Uważam, że jedną z najważniejszych oznak poczucia bezpieczeństwa jest zdolność do odejścia"





Kavka

niedziela, 10 lipca 2016

Jak zrobić dobry RAMEN?!


Witajcie, dzisiaj przychodzę do was z przepisem na ramen. Na pewno wszyscy doskonale wiedzą co to za potrawa, ale jeżeli jesteś nowy w tematach kuchni azjatyckiej to odpowiem ci na pytanie: Co to jest ramen?
Otóż ramen jest to potrawa...najprościej mówiąc odpowiednik naszego polskiego, niedzielnego rosołu. Tyle, że ramen w Japonii można jest w każdy powszechny dzień tygodnia. U nas przyjęło się raczej, ze rosół to niedzielna potrawa. Ramen, który robi furorę w Japonii, a nawet można go już zasmakować w niektórych europejskich restauracjach, tak naprawdę przywędrował do nas z Chin. Skład tej zupy jest bardzo zróżnicowany. Dodajemy to na co mamy ochotę, można powiedzieć, że to my tworzymy to danie wedle naszych upodobań. Jedynie podstawowym składnikiem tej zupy jest mięso. W Japonii głównie stosowało się ryby (sushi jest tego dowodem) dlatego to tak ważny element.  No skłamałam...jeszcze bez czego nie wyobrażamy sobie zupy? A bynajmniej ja? Bez makaronu rzecz jasna. Ramen zazwyczaj przygotowywany jest na bazie mięsa wieprzowego i kości wieprzowych, chociaż na stronach internetowych wyczytałam kiedyś, że można zrobić to na bazie mięsa drobiowego. Tak jak wspomniałam wcześniej każdy sam tworzy to danie wedle upodobań.

Zanim przejdę do opisu, opowiem wam o rodzajach ramenu. Wyróżnia się cztery najbardziej pospolite odmiany:

* miso-ramen: jest to chyba najbardziej zjaponizowana (?) odmiana ramenu. Właśnie tutaj używane jest mięso z kurczaka Kolejnym ważnym elementem są tutaj ryby. No i jak można zapomnieć...ta odmiana ramenu jest tworzona tak naprawdę z jednej pasty miso. Stąd właśnie ta nazwa. Jest to pasta produkowana na bazie soi z dodatkiem ryżu i soli. Plus nasze składniki.

*tonkotsu-ramen: podstawowym składnikiem są tu kości wieprzowe. Ten rodzaj ramenu wyróżnia się swoją gęstą konsystencją. Warto też wspomnieć o tym, że jest dosyć tłusty. Także, ludzie na diecie łączmy się w bólu, ponieważ jest to jedna z najlepszych odmian. Oczywiście nie może zabraknąć warzyw. Ten ramen podaje się najczęściej z pastą z sezamu. Plus nasze składniki.
   



*shoyu-ramen: ramen najczęściej podawany z sosem sojowym (shoyu-sos sojowy), i wszystko jasne jak słońce :). To odmiana dla ludzi lubiących ostrą kuchnię. Jest najczęściej doprawiany olejem chili. Plus nasze składniki.



*shio-ramen: no najbardziej tradycyjna forma ramenu. Tutaj dogłębnie czuć jeden składnik, mianowicie sól. Ten ramen jest robiony na słonym wywarze z mięsa drobiowego lub wieprzowego i tu dodajemy nasze składniki: ryby, warzywa, pędy bambusa, cebula, jajko, kukurydza, co tylko chcecie. Plus nasze składniki.



Prawda, że najbardziej podobny do naszego rosołu ? ;)

Ja o ramenie dowiedziałam się z anime Naruto. Jak pewnie większość kojarzy dziadka z Ichiraku-Ramen i naszego głównego bohatera co po każdej zakończonej misji szedł na jedną porcję, dwie ewentualnie siedem ramenu :)

No to teraz czas na przepis. Podaję wersję z mięsem drobiowym!

Składniki na 4 porcje.

Zupa:

- 5 udek z kurczaka z kośćmi
- dwie marchewki (kroimy w plastry), por (kroimy w plastry), szczypiorek kroimy jak na kanaki :)
- imbir, sól (1,5 łyżeczki), 2 łyżki oleju sezamowego.

- Makaron mie - cała paczka jeżeli ktoś lubi gęste zupy, 150g jeżeli lubicie bardziej rzadkie :).

Polecam jeszcze pastę miso i sos sojowy.

Dodatki :

- 2-3 jajka
- 100g kapusty rzymskiej zmielonej przed podaniem
- 100g pędów bambusa
- arkusz wodorostów yaki-nori (zakup przez internet )
http://sklep.slodkokwasny.com/wodorosty-yaki-nori.html
- szczypiorek
- kukurydza
- i to co wam jeszcze przyjdzie do głowy
przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 230C. W żaroodpornym naczyniu ułóż udka kurczaka, marchewkę, szczypior, por, imbir, posyp solą i skrop olejem sezamowym (rozprowadź go równomiernie po kurczaku i warzywach). Piecz 40 minut.
Po tym czasie przełóż całą zawartość do dużego garnka i zalej 2.5 litrami zimnej wody. Zagotuj na dużym ogniu, zmniejsz ogień i gotuj na małym ogniu pod przykryciem przez godzinę. Po tym czasie wyjmij 2 udka, zalej wywarem (żeby mięso nie ściemniało) i pozostaw do ostygnięcia – jak ostygnie, porwij mięso na kawałki. Resztę wywaru gotuj bez przykrycia jeszcze godzinę na małym ogniu.
Przygotuj makaron wg przepisu na opakowaniu.
Do 4 dużych misek dodaj po łyżce ciemnego lub 1,5 łyżki jasnego miso, zalej odrobiną wywaru i rozmieszaj. Dodaj do misek makaron, zalej wywarem, dodaj porwanego kurczaka, przepołowione jajko, zblanszowanego bok choya, posyp obficie szczypiorkiem, dodaj grzyby i dodaj pocięte wodorosty. Jeżeli trzeba, dopraw miso (można je rozpuścić w osobnej miseczce) i sosem sojowym.
Smacznego!

Przepis zaczerpnięty ze strony: slodkokwasny.com
Dlaczego akurat ten? Ponieważ moja znajoma robiła ramen z tego oto przepisu i bardzo sobie zachwalała. Polecam :)
                                   


Miejmy nadzieję, że zakochacie się w tej potrawie jak nasz mały Naruciak :3

Itadakimasu minna! Sayonara :)                                            

                                                                                                                                          Ev.


czwartek, 7 lipca 2016

Pika...pika

Hej wszystkim, jestem Ten Odgier i dzisiaj spróbuje pisać o grach komputerowych.  Zanim jednak to zrobię, chciałbym się wyżalić. Jestem pogrążony w żałobie, powód to awaria PC-ta. Bardzo przykra nowina, wiem. Jest możliwość naprawy, postanowiłem jednak że kupie nowy, lepszy sprzęt. Ciąg dalszy przykrości jest taki, żę miałem już odłożone na ów sprzęt. Jednak życie zdecydowało lepiej na co te pieniążki wydać. Konsekwencje tego są takie żę zakup nowego komputera się przeciągnie. Czemu w ogóle o tym pisze? No dlatego że chciałbym pisać o nowych grach, tylko że właśnie nie mam takiej możliwości, bo nie mam sprzętu by grać w nowe produkcje i je przetestować. Pocieszeniem w tej tragicznej sytuacji jest jednak laptop na którym właśnie pisze. Nie należy on do sprzętu dobrego, ale jest wstanie parę gier odpalić. Więc… gorzkich żali już koniec.
Dzisiaj o Pokemonach.  Ja osobiście jestem ogromnym fanem pokemonów i pośrednio zawdzięczam im przygodę z komputerem.  Moi rówieśnicy powinni kojarzyć nazwę „Pokemon” z kreskówek, które oglądaliśmy za dzieciaka (Dorosły się wypowiedział ☺). Może krótki opis. Pokemony to stworki które, są trenowane przez ludzi, wraz z treningiem przemieniają się one w wyższe formy, jednocześnie będąc silniejszymi Pokami. Myślę jednak że większość kojarzy  czym są Pokemony, są one dość popularne, a sama kreskówka jest tworzona do tej pory.
Wracając do gier, bo o nich mam pisać. Istnieją gry Pokemon. Troszkę ich powstało. Pierwsze, jeżeli się nie mylę, powstały w 1996 roku „Pokemon Red” i „Pokemon Blue” . Te dwie wersie doczekały się odświeżenia w grafice i powstały jako „Pokemon Fire Red” i „Pokemon Leaft Green” , swoją drogą prawie niczym się nie różnią.

Pokemon Red
http://nerdist.com/wp-content/uploads/2015/11/pokemon-red-screenshot-680x3921.jpg

Pokemon Fire Red
https://i.ytimg.com/vi/E2foD7QX5AY/hqdefault.jpg
Wraz z przypływem nowych generacji pokemonów, co za tym idzie nowych stworków, odcinków kreskówki  przyszły też nowe wersje gry : „Pokemon Ruby”, „Pokemon Diamond”, „Pokemon Platinum”, „Pokemon Gold” i wiele innych.  Powstały również wersie stworzone przez fanów tej gry (Hack romy). Było to np. „Pokemon Light Platinum” i właśnie w tą wersje aktualnie gram. UWAGA!!! Te wszystkie gry jednak nie są stworzone na komputery.  Nintendo i Game Freak wydawało pokemony na platformach : GameBoy, a potem Game Boy Adwance i Nintedo 3DS. Jest jednak sposób na granie na komputerach przez emulatory, i znowu UWAGA!!! Mogę być w błędzie, ale sądzę że jest to forma piractwa, a do tego nie będę zachęcać.
Dobrze… rozpisałem się troszkę o tych Pokemonach, ale nie wytłumaczyłem co w nich takiego jest że warto o nich pisać. Odpowiedź brzmi… Nie mam zielonego pojęcia. Pokemony nie posiadały ciekawej fabuły, sterowanie banalnie proste, grafika mało atrakcyjna (dużo pikselków), walki mało dynamiczne, cała gra w sumie jest mało dynamiczna, a jednak  potrafiła mnie wciągnąć na parę godzin i dalej to robi, lubię do niej wracać mimo że znam ją już na wylot. Grając w Pokemony zawsze chciałem mieć najsilniejsze stworki i najlepiej jak miałbym je wszystkie, takie  kolekcjonowanie. Ogromna przyjemność z posiadania takiego Dratiniego, jednego z najbardziej rzadkich pokemonów. Nazwałbym to przyjemną iluzją posiadania czegoś wyjątkowego. I właśnie ta iluzja, chyba najbardziej mnie wciągnęła.  Ahh…. Ten Hypno.
http://assets.pokemon.com/assets/cms2/img/video-games/video-games/pokemon_x_y/screenshots/pokemonxy_ss80.jpg W 2013 roku wydano ostatnią istniejącą część gry „Pokemon X and Y” z 6 już generacją Pokemonów i wygląda ona tak…



http://assets.pokemon.com/assets/cms2/img/video-games/video-games/pokemon_x_y/screenshots/pokemonxy_ss25.jpg Nie miałem jeszcze przyjemności zabawy przy tej konkretnej części gry, miejmy nadzieje że to się jednak zmieni.
Uważam że Pokemony jako gra są mało wybitne, nie są też grą dla każdego.  Tego typu gry się podobają, albo nie. Mają jednak one swój unikalny urok który ja osobiście kupuje całkowicie. Na sam koniec dodam że moimi ulubionymi pokemonami są Lucario i Empoleon i podczas ewentualnej waszej rozgrywki, polecam je trenować.  Pozdrawiam… i życzę bogatego w ewolucje trenowania Pokemonów.
Ten Odgier  

poniedziałek, 4 lipca 2016

„Do światła” Andriej Diakow


Po przeczytaniu kilku książek z uniwersum Metro 2033 wydaje mi się, że rosyjscy autorzy mają największy talent do kreowania postapokaliptycznego świata. Wychodzi im to najlepiej.  Przypadek? A tak na serio. Dzisiaj chciałam wam zaprezentować jeden z lepszych przykładów tej twórczości – „ Do światła” autorstwa Andrieja Diakowa.
Jest to pierwsza część trylogii. Przed samym kupnem książki z ciekawości przeczytałam opinie na jej temat. W większości przypadkach była przedstawiana                w samych superlatywach. Ale jak to ja, trochę mnie to zniechęciło przez co zwlekałam z jej przeczytaniem. Błąd. Teraz jednak wiem, że te osoby miały rację.
Historia rozgrywa się w Sankt Petersburgu. Większość akcji przebiega na powierzchni.  Naszym bohaterem jest Taran – doświadczony stalker. Otrzymuje on propozycję wyprawy w poszukiwaniu tajemniczego światła pojawiającego się Kronsztadzie(jest to port morski położony na wyspie Kotlin, 30 km od Petersburga). Z tym światłem związanych jest kilka legend. Niektórzy uważają że są to sygnały nadawane przez ludzi, którzy przetrwali katastrofę, a dla innych  jest to obiekt wyznawców kultu – droga do Arki.
Nasz bohater zgadza się na udział w wyprawie. Ku zaskoczeniu, za zapłatę zażądał nie amunicji ani prowiantu… tylko dwunastoletniego chłopca.! W misji na powierzchni  bierze również udział wyznawca kultu Exodusu oraz grupa stalkerów  (po raz pierwszy spotkałam się z tym,  że w ich szeregach znalazła się kobieta :)).
Schemat podróży jest dość prosty. Pełna niebezpieczeństw i śmierci towarzyszy. Mimo tego ta książka ma coś w sobie. Nie mogłam się od niej oderwać. Po przeczytaniu jednego rozdziału, nie mogłam się powstrzymać i czytałam kolejne. Cały czas trzyma czytelnika w napięciu. Przedstawia nam również  wiele ciekawych bohaterem z różnym bagażem doświadczeń.  Na końcu dowiadujemy się jaką makabryczną prawdę kryje tajemnicze światło. Akcja obraca się o 360 stopni. Co było dla mnie wielkim zaskoczeniem.
Co jeszcze podobało mi się w tej książce?
Relacja naszych głównych bohaterów. Na początku chłodna, opierająca się na wykonywaniu przez chłopaka poleceń zadanych przez stalkera. Wraz z rozwojem akcji można zaobserwować wiele cech łączących dwóch bohaterów. Można powiedzieć że stalker stał się ojcem dla naszego chłopca.
Książka kończy się epilogiem. Zapowiada on kolejne wydarzenia, plany naszych bohaterów oraz jeden (jak dla mnie)  pozytywny i zaskakujący motyw. Ale tego nie zdradzę. Bardzo polecam tą książkę.
DJ

sobota, 2 lipca 2016

Luxtorpeda w Tomaszowie Maz.

2016-06-19 Luxtorpeda w Tomaszowie Mazowieckim



No i przyszła słoneczna niedziela... fakt, że przez chwilę mimo pięknego słońca, z nieba sączyły się krople deszczu nie umknął mojej uwadze. No, ale nie czas na moje dywagacje na temat pogody jaka zagościła nad Tomaszowem Mazowieckim późnym popołudniem 19 czerwca. Zdarzyło się tam wtedy coś o wiele bardziej niesamowitego.
Poznańska grupa Luxtorpeda odwiedziła moje okolice i zagrała na ulicy POW w ramach imprez kulturalnych Tygodnia Antoniańskiego.
Księża parafii Św. Antoniego zdecydowanie wiedzą, co dobre. Jak się okazało Luxi mają w Tomaszowie i okolicach wielu oddanych fanów, bo niewielki tłumek ludzi, który widziałam na początku imprezy stopniowo się rozrastał.
Grupa niesamowity, jak się później okazało, koncert otworzyła jednym z najbardziej znanych utworów „Mambałaga”. Ludzi niosła muzyka. Wiele kawałków publika wybrała na bieżąco, ponieważ jak Robert Friedrich – Litza – powiedział, grają jak zwykle bez przygotowania.
Niemałym zdziwieniem był dla mnie tak dobry odbiór zespołu na imprezie rodzinnej. Jeszcze bardziej niesamowitym widokiem dla mnie były dzieciaki siedzące pod sceną i kiwające się w rytm ostrego rockowego brzmienia. Najbardziej urzekła mnie pewna dziewczynka. Przed koncertem podbiegła do Roberta Drężka – Drężmaka – i podała mu małą figurkę przedstawiającą aniołka z gitarą. Drężmak podziękował ze sceny i nazwał ją Małą Księżniczką. Przez cały koncert dziewczynka siedziała na barana u ojca i ilekroć na nią spoglądałam śpiewała. Znalazła jak sądzę wszystkie utwory zespołu.




Kiedy artyści zagrali utwór „44 dni”, świeczki stanęły mi w oczach. Co wcale nie oznacza, wcześniejsze utwory mnie nie wzruszały.
W pewnym momencie Litza powiedział, z to niesamowite – rockowy koncert, a ludzie stoją i słuchają. I tak właśnie było.
Trzeci raz byłam na koncercie Luxtorpedy. Za każdym razem uważnie słuchałam wszystkiego, co lider zespołu mówił pomiędzy utworami o życiu, miłości, czy genezach utworów i zawsze było to dla mnie niesamowicie poruszające przeżycie.
Mimo niezbyt dobrego nagłośnienia, podczas całego czasu trwania koncertu ciarki biegały mi po ciele od stóp do głów.
Nie mogę się doczekać kolejnych imprez z Luxami! Może trafi mi się jakiś koncert klubowy?

Pozdrawiam wszystkich czytelników,


Brownie
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka