niedziela, 4 marca 2018

Omówienie i spekulacje - Oscary 2018 #2



Witajcie ponownie!
Zapraszam na ciąg dalszy spekulacji oscarowych. W poprzednich omówiliśmy 6 kategorii w tym m.in.: najlepszy montaż, najlepsza charakteryzacja. Dziś przechodzimy do głównych kategorii i tych chyba najbardziej wyczekiwanych.

 
Najlepsza aktorka drugoplanowa
Nominowani: Mary J. Blige za "Mudbound", Allison Janney za "I, Tonya", Lasley Manville za "Nić widmo", Laurie Metcalf za "Lady Bird" i Octavia Spencer za "Kształt Wody". Każda z tych pań, niezaprzeczalnie mnie urzekła. No może poza Octavią Spencer, którą widziałam w kilku już rolach i zawsze grała w ten sam sposób, może to wina postaci jakie dostaje, bo gra dobrze, jednak uważam że, tym razem mieliśmy tu lepsze kandydatki w tej kategorii. Przyznam szczerze, że najbardziej się wahałam między Laurie Metcalf i Allison Janney. Obie zagrały bardzo podobne role - matki raniące swoje dzieci. I wiem że wiele osób jednak stawia na Metcalf, ale mnie Allison Janney , po prostu skradła serce w "I, Tonya". Znam Panią Janney w większości z seriali, jednak tu pokazała prawdziwą patologiczną matkę i ciężką relacje między jej postacią i córką. Uważam że, na prawdę zasłużyła na tego Oscara.

Najlepszy aktor drugoplanowy
Nominowani: Willem Dafoe za "The Florida Project", Woody Harrelson za "Trzy billboardy za Ebbing , Missouri", Richard Jenkins za "Kształt wody", Christopher Pulmer za "Wszystkie pieniądze świata" i Sam Rockwell za "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". W tym roku w obu kategoriach, aktorów i aktorek drugoplanowych, mamy na prawdę doborowe towarzystwo. Tu również miałam na prawdę ciężki wybór. Mamy tu Willema Dafoe, który poza genialnym występem we "Florida Project", jeszcze nigdy nie otrzymał Oscara (a powinien), co jest dla mnie nie dopomyślenia, zwłaszcza że jest jednym z moich ulubionych aktorów. Kolejny nominowany, to Woody Harrelson, gdzie w Trzech Billboardach zagrał komendanta policji. Jego rola była faktycznie przejmująca i chwytająca za serce, jednak nie aż tak duża była to rola jak jego kolegi z planu Sama Rockwell. Dla mnie Rockwell w pewnym momencie nawet staje na równi z główną bohaterką Mildred - mamy pokazaną przemianę postaci, który z kanalii, zmienia się, bo w końcu ktoś w niego uwierzył i sam postanawia coś ze sobą zrobić. Mamy także Richarda Jenkinsa, który na prawdę świetnie sobie poradził z rolą Gilesa, a także Christophera Pulmera, który w szybki i rewelacyjny sposób wcielił się w postać w ostatniej chwili, gdy to Ridley Scott usunął z filmu Kevina Spacey, po oskarżeniach o molestowanie. I przyznam szczerze że jedynym filarem dla mnie w tym filmie był właśnie Pulmer, a po czym jak nie po takich historiach można poznać że aktor jest tak dobry, że zagra ci i przede wszystkim wcieli się w postać, z biegu. Mimo wszystko w tym roku, moim kandydatem jest Sam Rockwell, ponieważ to w jaki sposób zagrał i poprowadził swoją postać jest po prostu niesamowite! Z miejscowej gnidy, której to widz ma ochotę strzelić przez ten głupi łeb, wysuwa się na drugą najważniejszą postać i jak dla mnie przejawiającą najbardziej moralne cechy, których nabiera w momencie gdy tylko jedna osoba pokazuje mu, że mimo tego jakim jest głupcem, to wierzy że ma dobre serce.

Najlepsza aktorka
Nominowane: Meryl Streep za "The Post", Sally Hawkins za "Kształt Wody", Frances McDormand za "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri", Margot Robie za "I, Tonya" i Saoirse Ronan za "Lady Bird". W tym zestawieniu, dla mnie wygrana po prostu musi trafić do Frances McDormand. Po protu musi. W jaki ona sposób zagrała swoją bohaeterkę to jest niesamowite. Pogrążona w żalu matka, którą od początku za jej stratę, tłumaczymy. Jest wulgarna bo jest sfrustrowana, jest bezczelna wobec władzy, bo walczy o sprawiedliwość dla swej córki. I choć jest to nasza bohaterka i ją początkowo wybielamy, to nie da się nie dostrzec, że wcale nie jest krystalicznie czystą postacią. Wręcz przeciwnie. Jej postępowanie możemy sobie tłumaczyć, ale wcale nie jest dobre, a nawet jest krzywdzące dla innych. Fizyczność i gra aktorki, nadaje całej postaci, rzadko spotykany kształt u Oscarowych postaci - ludzki, brudny kształt. 

Najlepszy aktor
Nominowani: Gary Oldman za "Czas Mroku",  Deznel Washington za "Roman J. Israel, Esq.", "Timothee Chalamet za "Tamte dni, tamte noce", Daniel Day-Lewis za "Nić Widmo" oraz Daniel Kalluya za "Uciekaj!". W tej kategorii mam aż dwóch faworytów. Gary'ego Oldmana i Daniela Day-Lewisa. Wiem że, Gary Oldman jest w tym roku bardzo porównywany do Leonadra Di Caprio, że powinien w końcu dostać swojego pierwszego Oscara, choć ludziom nie za bardzo się podobał "Czas mroku". Mnie osobiście film się podobał, może prócz sceny w metrze... jednak film całościowo na prawdę mi się podobał, w porównaniu do "Zjawy" z Di Caprio, który w ogóle mnie nie urzekł (może prócz krajobrazów). Oldman faktycznie, powinien dostać już tego swojego zasłużonego Oscara, ale nie tylko dlatego, że POWINIEN, ale według mnie, również sobie na niego zasłużył, grając Churchilla. I nie mówię tu tylko o tym że, musiał grać z kilogramami charakteryzacji, ale po prostu świetnie sobie poradził. Cała jego mimika, postawa i najważniejsze, czyli ton głosu i ten znany wszystkim, talent oratorski z którego słyną Churchill, wszystko to zawarł w swej roli. Wiele osób sądzi, że zawiodło ich to, że niczego nowego nie dowiedzieli się o Winstonie. Przyznam że, nie rozumiem tego argumentu, ale rozumiem że komuś ta "laurka" może się komuś nie podobać, jako film, jednak sądzę że, sam Gary Oldman, świetnie poradził sobie z tą rolą. Drugim moim kandydatem jest Daniel Day-Lewis, za zagranie Woodcocka w filmie "Nić widmo", rozchwianego artystę, który mimo że odtrąca i odstrasza wszystkich swą arogancją i bucowatym zachowaniem, zakochuje się i nie potrafi sobie z tym poradzić, więc stara się to odrzucać od siebie. To w jaki sposób gra... mam wrażenie jakby panował nad każdym ruchemm każdą cząstką swojego ciała. Oglądając "Nić widmo" miałam wrażenie, że wszystkie emocje jego bohatera, były tak namacalne, że sama je adaptowałam. Gdy widziałam jego twarz na balustradzie w sylwestra, niby bez grymasu, a mimo wszystko współodczuwam to co bohater. Miałam wrażenie, że znam dokładnie uczucia Woodcocka, którego wcale nie polubiłam. Nie jest to bohater, którego darzy się sympatią, wręcz przeciwnie, a mimo wszystko rozumiecie go. Dla mnie w tej kategorii, nie ważne który z tych panów by wygrał, obaj zasłużyli na statuetkę.

Najlepszy reżyser
Nominowani: Christopher Nolan za "Dunkirk", Guillermo del Toro za "Kształt Wody",Greta Gerwig za "Lady Bird", Jordan Peele za "Uciekaj!", Paul Thomas Anderson za "Nić widmo". W tej kategorii mamy, Christophera Nolana, który stworzył już takie filmy jak: "Incepcja", "Interstellar" czy "Memento", film wyjątkowe, jednak w moim odczuciu, "Dunkierka", która miała być poruszającym dramatem wojennym co widać choćby po przejmującej muzyce Hansa Zimmera czy długich ujęciach, ale... coś nie wyszło (prawię usnęłam w kinie, niestety). Tym razem myślę, że Nolan choć niby dobrze sobie poradził jako reżyser, przy tym filmie, to w porównaniu z jego poprzednimi produkcjami, to w tym roku, według mnie, nie zasłużył na statuetkę. Uważam że, dużo lepiej poradził sobie, Jordan Peele z na prawdę niesamowicie ironicznym filmem "Uciekaj". Niskobudżetowa produkcja, która może nie każdego porwie, ale na pewno zaskoczy. Peele, mógłby spokojnie dostać nagrodę za genialny debiut reżyserski, mimo wszystko, to nie on jest moim faworytem. Nie jest nim ani Anderson za "Nić widmo" choć jest to z pewnością jeden z moich ulubionych filmów oscarowych, ani nie jest nim Greta Gerwig, za "Lady Bird", który mówiąc szczerze, w ogóle mnie nie zachwycił. Moim faworytem jest Guillermo del Toro. W sposób w jaki zrealizował tą niesamowitą produkcję, jest niebywały. Widać tam wielką szczegółowość i dbanie o detale. Choć historia wcale nie jest oryginalna, to realizatorsko jest to piękny obraz. Dosłownie dzieło sztuki. Widać, że ten film dla Guillermo, jest bardzo ważny. To widać i czuć.

Najlepszy Film


Nominowani: "Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri", "Uciekaj!", "Kształt Wody", "Dunkierka", "Lady Bird", "Czas Mroku", "The Post", "Nić Widmo", "Tamte dni, tamte noce"

Przed nami ostatnia i najważniejsza chyba kategoria, czyli najlepszy film. W tym roku było aż 9 filmów! Każdy z nich jest wyjątkowy, ale nawet wśród takich perełek mam swój numer jeden. 

"Uciekaj!", jest niesamowitym i nieoczywistym, ironicznym komentarzem społecznym do sytuacji,
która obecnie się dzieję w USA. Na dodatek jest to horror, co rzadko się zdarza żeby film grozy był nominowany do głównej kategorii. Nie jest to mój faworyt, jednakże uważam, że ten film jest na prawdę dobry i dużo już osiągnął. Na prawdę się nie spodziewałam inteligentnego horroru w głównej kategorii, a jednak!

Moimi dwoma największymi zawodami na tegorocznych Oscarach był "The Post" i "Dunkierka". Oba te film, była na prawdę nużące. Choć lubię filmy o tematyce śledztwa dziennikarskiego, to "The Post", wcale na mnie nie działa. Zawiodło mnie to że ten film był promowany jako historyczna walka o wolność słowa prasy przeciwko władzy, a tak na prawdę przez 3/4 filmu widzimy wahania bohaterów, czy publikować artykuł, czy może jednak nie a z tej walki pozostał telefon od kogoś z góry a później to już scena w sądzie. Zostało to tak rozciągnięte w czasie, że aż zaczął mnie na prawdę nużyć. W "Dunkierce" natomiast, nie miałam... fabuły, nie miałam bohaterów z którymi mogłabym się choćby bliżej zapoznać, nie miałam nawet zarysu, czym jest Dunkierka czy akcja Dynamo - co zabawne, to mi wyjaśnił, "Czas mroku". Może to dlatego że tych filmów na prawdę bardzo, jeśli nie najbardziej wyczekiwałam. Uważam je, jednak za moje największe rozczarowanie oscarowe.

Kolejnym filmem nominowanym jest "Lady Bird", który jest kolejnym filmem o dorastaniu, o problemach w relacjach z matką. Wiem, że wielu ta produkcja się podoba, mnie jednak osobiście nie przypadła do gustu. Miałam wrażenie, że jest to kolejny film o problemach nastolatków, by lepiej ich zrozumie, by inaczej spojrzeć na konflikty rodzinne itd. To nie jest zły film. Ma świetnych aktorów, dobry scenariusz, jednak ten film wcale mnie nie porwał. Myślę że tą produkcję, albo się lubi, albo nie, bo technicznie jest solidna. Dla mnie jednak nic poza tym.

"Tamte dni, tamte noce", gdzie znów mamy nastoletniego bohatera, który powoli odkrywa siebie, ale nie tylko. Film opowiada nie tyle co o wkraczaniu w dorosłość, co o pragnieniu, młodzieńczym pożądaniu, zauroczeniu i próbowaniu. Ten film jest romantyczny, jednak nie w pompatyczny sposób, bez wielkich słów, bez cukru pudru. Mamy pokazaną relację dwóch chłopaków, gdzie jeden z nich w pewnym sensie bada i odkrywa, co lubi, czego pragnie, jednocześnie uczy się czym jest ból. Młody Elio początkowo nakłada pewnego rodzaju maskę, ale z czasem się łamie. To nie jest opowieść o wielkiej miłości, tylko o takiej miłości jaką możliwe że każdy, powinien choć raz przejść jako dzieciak. Ten film jest piękny wizualnie, jak i również fabularnie. 

"Czas mroku", czyli film na wpół dramat wojenny a na wpół biografia o fragmencie z życia Winstona Churchilla, gdy został powołany na stanowisko premiera w latach 40. Mnie film się podobał, mimo że faktycznie była to "laurka", a nie jakaś szersza biografia, która mogłaby nas zbliżyć do samej postaci Churchilla jako człowieka a nie ojca narodu brytyjskiego. Realizatorsko ten film, jest na prawdę dobry. Zdjęcia, zabawa światłem i cieniem, gra Oldmana, charakteryzacja. Wielu się jednak nie podoba, że postać Churchilla jest taka nieskalana. Jednakże, bazując na tym fragmencie życia, który ludzie pracujący przy tym filmie wybrali, czyli gdy zostaje powołany, aż do zakończenia akcji "Dynamo", to nie ma co się dziwić, bo był to największy jego sukces polityczny. Gdyby czasowo rozciągnięto fabułę do końca wojny albo Jałty, nie mogliby z niego zrobić takiego idealnego, bo faktycznie byłoby to kujące - ale tak to, mnie nie przeszkadza. Uważam że, jest to na prawdę dobry film a nawet bardzo dobry, ale jeśli ktoś chcę więc z życia Churchilla się dowiedzieć - to faktycznie nie tu.
 
No i moich trzech tegorocznych ulubieńców. "Kształt wody" jest piękną artystyczną, baśnią dla dorosłych. Mam wrażenie jakbym faktycznie przewracała kolejne karty baśni. Choć scenariusz jest banalny, to sam film jest jak już wspominałam, dziełem sztuki. Historia z tym filmem jest zresztą ciekawa, bo podobno scenariusz został już napisany, a na pewno zarysowany gdy Guillermo del Toro miał ok. 20 lat. Jakiś czas temu postanowił zrealizować swoje marzenie reżyserskie jako nowa wersja "Potwora z Laguny", tylko w romantycznym-baśniowym ujęciu, więc poszedł z nim do Universala, z którego potwór pochodził, ale wytwórnia odrzuciła projekt - zamiast tego mieliśmy "Mumie" z Tomem Cruise'm... nic więcej nie dodam. Zamiast tego Guillermo del Toro, zrealizował go później tak jak chciał pod swoim szyldem. A dziś "Shape of Water" ma aż 14 nominacji do Oscara. Pewnie Universal pluje sobie teraz w brodę.  

Kolejnym filmem jest "Nić widmo". Jest to trudna opowieść o relacji między ludzkiej i o miłości. Jest bardzo zmysłowym obrazem dwójki ludzi. Mężczyzny pochłoniętego pasją, który odrzuca od siebie wszystko co mogłoby go rozpraszać i obraz kobiety tak zakochanej, że posunie się do wszystkiego by choć na chwilę ten gburowaty artysta, przyznał że jej potrzebuje. Ten film jest po prostu piękny. Ich relacja choć dziwna a nawet czasem toksyczna, jest po prostu piękna, bo pokazuje że potrzebujemy tej drugiej osoby, tej którą kochamy. Żałuję że, ten film ma być już ostatnim występem Daniela Day-Lewisa, jednak mogę powiedzieć tylko, że zejdzie z ekranu niepokonany. 

Ostatni film w tej kategorii i według mnie faworyt, który powinien w tym roku zgarnąć statuetkę to: "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". To historia matki, której córka została brutalnie zgwałcona i zamordowana, a od miesięcy nie odnaleziono sprawcy. Nasza bohaterka, czyli Midred, postanawia wynając trzy billboardy, przy rzadko uczęszczanej drodze, mając jednak nadzieję, że to w końcu zmusi policję w mieście do działania. Ten film jest rewelacyjny, bo tak na prawdę żadna z tych postaci nie jest ani krystalicznie czysta, ani do końca zła. Trzy billboardy są przedstawione w dość naturalistyczny sposób, mamy pokazaną dysfunkcyjność każdej z postaci. To idealny miks tragizmu i komizmu w jednym. "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" zdobyły już 4 Złote Globy, więc czas również i na Oscara.

                                                                    *

To moja przydługa, lista spekulacji w 12 kategoriach do tegorocznych Oscarów. Macie jakichś swoich faworytów?
Kavka.

sobota, 3 marca 2018

Omówienie i spekulacje - Oscary 2018 #1


 Witam i zapraszam na omówienie nominacji oraz moich osobistych faworytów i spekulacji na temat ewentualnych wygranych. Od razu chcę zaznaczyć, że nie omówię wszystkich kategorii, ponieważ niestety nie byłam wstanie nadrobić wszystkich filmów nominowanych we wszystkich kategoriach (ach, ta sesja), więc z góry przepraszam. Niektóre omówię trochę dłużej, przez inne przeskoczę, ale omówię każdego mojego faworyta. A teraz zaczynajmy.


Najlepszy scenariusz adaptowany 
W tym roku nominowani zostali: "Logan", "The Disaster Artist", "Mudbound", "Tamte dni, tamte noce" oraz "Molly's Game". Mam wrażenie, że ta kategoria ma największy rozstrzał jeśli chodzi o spekulacje. Chodzi mi o to, że jak nasłuchiwałam innych dyskusji związanych z Oscarami, to zwykle wiele głosów się powtarzało. Ta kategoria taka nie jest. Wiem, że spora część osób chciałaby by wygrał "The Disaster Artist" Jamesa Franco, czyli film o powstaniu jednego z najgorszych filmów w historii, czyli "The Room" w reżyserii Tommy'ego Wiseau, żywej ikony i legendy (jeśli jesteście ciekawi tematu Wiseau i "The Room" to napisałam również o nim niedawno artykuł - "Fenomen Tommy'ego Wiseau"), temat Wiseau i jego osobistego amerykańskiego snu, jest faktycznie niesamowity, a James Franco, świetnie odwzorował samego Tommy'ego, jednak, sam film choć był dobry nie skradł mojego serca jak inna produkcja, ale to później.
Inni opowiadają się za "Loganem", który dumnie w tym roku reprezentuje blockbustery - bardzo mnie cieszy jego nominacja, ponieważ jestem totalnym geekiem i fanem Wolverine'a, jednakże nie sądzę by poza samą nominacją (która już jest ogromnym wyróżnieniem, zwłaszcza dla tego typu filmów), nie sądzę by powinien dostać statuetkę.
Tegoroczny faworyt w tej kategorii, czyli "Tamte dni, tamte noce". Jest pięknym, mądrym filmem romantycznym, historią o młodzieńczym zauroczeniu i o poznawaniu swoich pragnień. Film jest rzeczywiście fantastyczny, jednak w tej kategorii mam innego ulubieńca.
Moim osobistym faworytem jest "Mudbound" z Netflixa. Ten film mnie osobiście rzucił na łopatki. To opowieść o braterstwie i przyjaźni, która przypomina "Romea i Julię", bo mamy tu dwie zwaśnione rodziny, jednak tu odpowiada za to segregacja rasowa i uprzedzenia ludzi z Południa w latach 40. Film nie tylko jest wzruszający, ale także świetnie zrealizowany. Historia jest na prawdę przejmująca i może dać do myślenia.

Najlepsza piosenka
 Nominowane: "Mighty River" z Mudbound, "Mystery of Love" z Tamte dni, tamte noce, "Remember me" z animacji Coco, "Stand up for Something" z Marshalla i "This is me" z Króla Rozrywki. Dla mnie niezaprzeczalnie, najlepszą tegoroczną piosenką, jest "Mystery of Love" Sufjana Stevensa do filmu "Tamte dni, tamte noce". Odkąd tylko ją usłyszałam nie mogę przestać jej słuchać.
 
 Najlepsza oryginalna ścieżka dźwiękowa
Nominowani: Hans Zimmer ("Dunkierka"), Johnny Greenwood ("Nić widmo"), Alexandre Desplat ("Kształt Wody"), John Williams ("Star Wars. The Last Jedi"), Carter Burwell (Trzy bilboardy za Ebbing, Missouri").
Nazwiska ogromne w tej kategorii, zwłaszcza Hansa Zimmera, który odpowiada za ścieżki dźwiękowe do takich filmów jak: "Król Lew", "Gladiator", "Incepcja" itd. jednak uważam że, w tym roku na statuetkę zasłużył ktoś zupełnie inny - Alexnadre Desplat. W "Shape of Water" muzyka, idealnie nas wprowadza w klimat lat 60 ujętych w baśniowy styl całego filmu. Majstersztyk.

Najlepsze kostiumy
Nominowani: "Shape of Water", "Piękna i bestia", "Czas mroku", "Nić widmo" i "Powiernik Królowej". To kategoria z którą miałam na prawdę spory problem. W tym roku kostiumografowie na prawdę się popisali w każdym z tych filmów. Jednakże, jest jeden który wywarł na mnie niebotycznie wielkie wrażenie - "Shape of Water". Kostium Monstrum jest po prostu niesamowite, przez pewien czas byłam przekonana, że to po prostu nałożony komputerowo strój, ale nie.

Najlepsza charakteryzacja
Nominowani: "Cudowny chłopak", "Powiernik królowej" i "Czas mroku". Jak w poprzedniej kategorii miałam lekki dylemat, tak tu jestem po prostu pewna. Gary Oldman jako Winston Churchill, wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Już dużo wcześniej słyszałam o pracy nad filmem o Churchillu, jednak nawet przez moment do głowy mi nie przyszło, że Gary Oldman, mógłby go zagrać. Oczywiście nie chodzi mi tu o grę, tego aktora, bo jest rewelacyjna, ale umówmy się... w ogóle nie wygląda jak Churchill. Charakteryzatorzy z "Czasu Mroku" odwalili kawał dobrej roboty.

Najlepszy montaż
Nominowani: "Baby Driver", "I, Tonya", "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri", "Kształt Wody" i "Dunkierka". W tej kategorii mam aż dwóch faworytów i nie ważne, który z nich by wygrał, będę bardzo zadowolona. Jednym z nich jest "Baby Driver". Ten kto go widział pewnie się nie dziwi. To film stworzony właśnie dla montażu. Każdy ruch i działanie naszego bohatera jest kierowane rytmem muzyki jakiej słucha. Oglądając go miałam wrażenie jakbym oglądała teledysk - tylko pełno metrażowy. Co do drugiego mojego faworyta jest nim film, "I, Tonya" - montaż jest bardzo dynamiczny i genialnie mamy zsynchronizowaną jazdę na łyżwach z muzyką. 

                                                                  *
Na dziś to tyle, na resztę spekulacji i omówień zapraszam jutro rano ;) W drugiej części przejdziemy do głównych kategorii m.in: najlepszy aktor, aktorka i oczywiście najlepszy film. A na koniec macie Gary'ego Oldmana, który najwyraźniej nie może już się doczekać Oscarów, a może już świętuje ;)
Kavka



wtorek, 27 lutego 2018

Romantycznie w Starym Klasztorze



Stary Klasztor we Wrocławiu, przy Nowym Targu, niedaleko Rynku – kocham to miejsce. Ma w sobie niesamowity klimat. Zwłaszcza sala koncertowa nazywana Salą Gotycką. To tam odbywają się jedne z najlepszych, moim zdaniem koncertów, w pięknym, starym Wrocławiu.
Miejsce jest piękne, godne odwiedzenia. Dlaczego klub z Salą Gotycką jest tak wspaniały? Bo Stary Klasztor jest faktycznie klasztorem. Ale nie teraz o tym.
14 lutego Walentynkowo odwiedziłam to miejsce, ponieważ odbywał się tam koncert Mikromusic. Ale zanim o tym opowiem o supporcie…



Jabłonka.
Słyszeliście? Jeśli nie, to warto zajrzeć na YouTube. Wrocławski zespół, który podciągnęłabym pod bardzo przyjemną, wysublimowaną i może momentami nieco awangardową alternartwę. Słuchając ich utworów takich jak „Przestrach”, „Rozkwit”, czy „Cukier”, byłam pod ogromnym wrażeniem. Muzyka niezwykle dojrzała i relaksująca.
Muzyka po zapełnionej Sali Gotyckiej płynęła lekko. Niezwykle sympatyczna wokalistka w przerwach zagadywała publiczność… Zrobili piękny wstęp przed Mikromusic, ale i narobili ochoty na dłuższy występ niż 40 minut. Aż żal było, kiedy skończyli grać.

A Mikromusic? Niesamowite jak zawsze. Zagrali wszystkie kawałki z płyty „Tak mi się nie chce” plus tak zwane „the best of”. Trochę było mi szkoda, że nie usłyszałam „Pod Włos”, „Śmierci Pięknych Saren” i kilku innych utworów, które uwielbiam, ale jestem w stanie z tym żyć ;)

Natalia Grosiak zabawiała publiczność śmiesznymi anegdotami i żartami o kolegach z zespołu, robiąc na pewien sposób uroczy klimat koncertu. Podczas wielu momentów koncertu, ciarki biegały mi po plecach, kilka razy łzy stanęły w oczach.
Najbardziej zapadł mi w pamięć fragment, kiedy Grosiak powiedziała o „piosence terapeutycznej” i zagrali „Niemiłość”. Chyba wszyscy na Sali zaczęli śpiewać z wokalistką. Koncert minął bardzo szybko. Był świetny i godny zapamiętania, ale czy spektakularny? Tego nie wiem.

Tak czy inaczej gorąco polecam posłuchać obu zespołów. No i czekam na pierwszą płytę Jabłonki!

Do następnego!
Brownie

czwartek, 22 lutego 2018

Fenomen "The Room" i Tommy'ego Wiseau

Jednym z tegorocznych filmów nominowanych do Oscara w kategorii scenariusz adaptowany jest film "Disaster Artist" w reżyserii Jamesa Franco. Inspiracją do tego komediodramatu był "The Room" z 2003 roku, film uznawany za najgorszy w historii kina. Jego twórcą jest tajemniczy Tommy Wiseau.

"Disaster Artist" omówimy przy spekulacjach na temat nocy Oscarowej, a dziś zajmiemy się fenomenem najgorszego filmu, który dziś ma  status kultowego i jego reżyserem, producentem, aktorem i twórca scenariusza.
Jak to się stało? Takie pytanie zadawałam sobie (i pewnie nie tylko ja). Przecież wszyscy wiedzą, że ten film jest okropny! Nie rozumiałam, do póki go nie obejrzałam wraz z ukochanym w te Walentynki (Wiseau na Świętego Walentego, patrona chorych psychicznie - idealnie pasuje).

Faktycznie w tym filmie wszystko jest nie tak: dialogi są po prostu straszne, fabuła nielogiczna jak decyzje postaci, randomowe wątki, które są rzucone i już do nich nie wracamy, o aktorstwie już nie wspomnę, no i te zdecydowanie za długie sceny seksu... jednak ten film jest tak koszmarny, że aż genialny. I to jest tylko moja opinia, nie ja jedna mam takie masochistyczne zapędy do tego gniota. Mimo że film ma już swoje 15 lat, to Tommy wraz ze swoim "The Room" wciąż jeździ na organizowane specjalne seanse jego dzieła. Wiseau na swoim twitterze publikuje wciąż aktualizowaną listę stanów i miast gdzie tym razem zawita, a gdzie już był. Ta lista na prawdę nie jest mała, a ludzie na prawdę przyjeżdżają by spotkać się z Wiseau i zobaczyć "The Room". Ludzie podczas seansu cytują dialogi z pamięci jednocześnie ze scenami w filmie, przychodzą poprzebierani za postacie. Dlaczego? Myślę że wpływ na taki sukces miały trzy czynniki, które pokrótce omówimy.



1. "American Dream"

Ten słynny amerykański sen, jest chyba wszystkim znany. Sława, pieniądze itd. Każdy o tym przecież marzy. Tommy Wiseau też marzył. Chciał stworzyć film, który będzie w jego mniemaniu arcydziełem i będzie mieć szanse na zdobycie Oscara. Jak pewnie wiecie Oscara nie zdobył, a film okazał się gniotem. Już w trakcie kręcenia ekipa filmowa, stwierdziła, że ten film będzie jedną wielką katastrofą. Nikt nie wierzył w projekt jakim był "The Room", tylko Tommy. I niestety film okazał się wielką klapą klapą jak przewidywano... ale co z tego? Wiseau się udało, nakręcił film - fatalny, ale to nadal film. "The Room". Kto z nas nie lubi tych którzy realizują swoje marzenia, a tym bardziej jeśli te marzenie okazało się słabe w skutkach. Mam wrażenie, że właśnie wtedy nawiązuje się pewna więź porozumienia. Gdyby "The Room" okazał się fenomenalny, byłby dziełem sztuki, nie zwrócilibyśmy na Wiseau uwagi, byłby gwiazdą, byłby trochę poza naszym zasięgiem - niby lubimy, ale mówimy o nim jak o kimś nad nami, nie ma tej relacji bo w końcu jak to prawdziwa gwiazda - możesz patrzeć, ale nie dotykać. Poza tym nie lubimy gdy ktoś jest nad nami, a gdy ktoś tak jak my chce spełniać marzenia, ale mu się nie do końca uda, albo zrobi coś tak złego jak właśnie "The Room", mamy poczucie, że ten gość jest jak my, a czasem nawet czujemy się od niego lepsi.

2. Tajemniczy Tommy 

Niby wiele osób wie kim jest Tommy Wiseau, zwłaszcza teraz po premierze "Disaster Artist", jednak ile tak na prawdę o nim wiemy? Tommy (jeśli się tak na prawdę nazywa) nigdy nie powiedział ile ma tak na prawdę lat (zawsze odpowiada dziennikarzom "tyle co ty"), skąd tak na prawdę pochodzi bo na pewno nie jest z Luizjany, jak do tej pory twierdził. Wiele teorii krąży o pochodzeniu Wiseau. Niektóre źródła nawet twierdzą że urodził się w Poznaniu i tak na prawdę nazywa się Tomasz Wieczor albo Wieczorkowski, ale żadna z tych informacji nie jest potwierdzona, jedyną poszlaką jest jego wschodnioeuropejski akcent. Poza kwestią pochodzenia i wieku, jest jeszcze jedna i chyba najbardziej nurtująca wszystkich kwestia. Skąd miał pieniądze na "The Room". Mimo że film okazał się okropny to nie oznacza że nie kosztował dużo. Wręcz przeciwnie. Box office wyniósł ok. 6 000 000 mln. $ a biorąc pod uwagę fakt, że film nie został wsparty patronatem żadnej wytwórni ani żadnego innego producenta poza samym Tommy'm to na prawdę spora kwota. Skąd takie wydatki, a no stąd że praktycznie 90% filmu była kręcona w studiu (choć część spokojnie mogła być zrealizowana na powietrzu - byłoby prościej i taniej) a także całe wyposażenie, które zostało kupione, (w tym dwie kamery, jedna cyfrowa i druga klasyczna filmowa 35mm) nie mówiąc już o całej ekipie. Skąd miał pieniądze? To wielka tajemnica, jak on sam. Może to właśnie ta tajemnica nas tak przyciąga do tego wyjątkowego gniota.

3. Lubimy kicz 

A może odpowiedź jest prosta. 
Może my po prostu lubimy kicz? Wiem że, dla niektórych brzmi to irracjonalnie, ale przecież gniotów u nas dziś pełno. Od horrorów klasy B, po kino Rodrigueza czy te okropne paradokumenty, które zdobywają kolejne szczyty popularności. Od części usłyszę "ale ja to oglądam dla jaj". Może i tak, ale to znaczy że dobrze się bawisz przy tego typach produkcjach. I nie oceniam tu nikogo. Ba! Przecież sama jestem horroromaniakiem i ubóstwiam te kiczowate slashery z lat 80' albo potwory Universala, które ludzie uważają za słabe. I dlatego też mogłam polubić "The Room" bo nie podchodzę do niego jak do filmów oscarowych, tylko z dużą dozą dystansu. Może właśnie cały urok tkwi w tym fatalnym dramacie psychologicznym, który finalnie dzisiaj stał się pastiszem, komedią czy innym tworem dla mas z których się śmiejemy. Moim zdaniem Tommy Wiseau, za parę lat, albo nawet już niedługo stanie się jedną z ikon naszych lat. To jego będzie się nosić na koszulkach, a nie Leonarda Di Caprio czy Jamesa Franco. I to nie jest żaden wstyd. To cudowny, dziwny wytwór, naszych czasów.

Uważam że, każdy z tych czynników mógł się przyczynić do tego fenomenu. I cudownie! By jednak zrozumieć w pełni fenomen tego "dzieła", musicie go obejrzeć. Na prawdę polecam byście wraz ze znajomymi, przy pizzy obejrzeli sobie "The Room". Zapoznajcie się z naszą ikoną najgorszych filmów i jego szalonym twórcą. Ja się zakochałam w tym złym filmie i nie wstydzę się tego!
Ten film jest tak zły, tak fatalny, że aż genialny.



Kavka.

piątek, 16 lutego 2018

Hina-matsuri ( 雛祭 )

Znalezione obrazy dla zapytania sake japonskieWitam Was serdecznie, nie przedłużając zapraszam do czytania!
Moje kochane kobietki, niedługo będziemy obchodziły nasze święto, oczywiście chodzi mi o Dzień Kobiet, który wypada w Polsce 8 marca. Każda z nas wie jak on wygląda i nie będę się tu na ten temat rozwodzić, ale co jest ciekawe w tym całym wstępie? Otóż nie ciekawi was to kiedy i jak czują się kobiety w Japonii w ten cudny dzień? Na początku zaznaczę, że mogłam was wprowadzić w błąd, ponieważ w Japonii nie obchodzi się Dnia Kobiet. Uznaję się za to Dzień Dziewczynek, Święto lalek, który przypada 3 marca.
Znalezione obrazy dla zapytania hina matsuriDzień ten przypada w sezonie kwitnienia brzoskwiń (według kalendarza księżycowego), bywa on również nazywany Momo-no Sekku (Świętem Brzoskwiń).

W ten dzień modlimy się w intencji wszystkich kobiet, o ich dobrobyt, kondycję fizyczną i psychiczną, szczęście i miłość oczywiście. Ogólnie każdy składa same dobre intencje w tym dniu. 
Rodziny Japońskie, w których są małe dziewczynki wystawiają w domu zestaw specjalnych lalek (jap. Hina-ningyo), w których główną rolę odgrywa para cesarska. Taki zestaw lalek może liczyć aż do 15 sztuk, laleczki te przekazywane są z pokolenia na pokolenie, uważa się, że im dłużej lalki były przekazywane, tym większe szczęście i dobrobyt przekazują danemu pokoleniu. Figurki te oczywiście nie służą do zabawy, a raczej do postawienia ich na półce i podziwiania ich pomyślnego wpływu na dziewczynki. Lalki wyciąga się dwa tygodnie przed tym świętem. Należy je schować do trzech dni po skończonym świętowaniu. Dlaczego? Ponieważ przesąd mówi o tym, że jeżeli nie schowamy lalek, to dziewczynka wyjdzie późno za mąż.

W ten dzień dziewczynką podaje się również specjalne potrawy mające zapewnić pomyślność. Jest to sushi z rybami udekorowane krewetkami, warzywami i jajkiem (jap. chirashi-zushi). Na deser natomiast bardzo często podawane są ciasteczka ryżowe i białe sake. Białe sake powstające z ryżu może zawierać nawe do 10% alkoholu. Więc przy częstowaniu dziewczynek, nigdy nie przekracza się norm.

Święto Hina-matsuri wywodzi się od starożytnych chińskich praktyk magicznych, w trakcie których wszelkie grzechy cielesne, choroby i nieszczęścia przenoszono na lalki, a następnie usiłowano się ich pozbyć poprzez wrzucanie lalek do rzeki. W niektórych regionach Japonii również zachował się podobny stary zwyczaj zwany hina-okuri lub hagashi-bina, w którym papierowe lalki spławiane są z nurtem rzeki, późnym popołudniem 3 marca.

No to wszystko na dziś ode mnie! Mam nadzieję, że dowiedzieliście się czegoś nowego. Miłego dnia/wieczora wam życzę Moi mili :) 
                                                                                                                                                                                      Ev.


PS.: Jeszcze na pożegnanie dam wam najbardziej uroczy gif jaki ostatnio widziałam *.*
KOCHAM YATO CAŁYM SERDUSZKIEM!

               


piątek, 9 lutego 2018

Historia i gracze


Kiedyś już pisałem o tym jak mistrz gry powinien wpleść historie postaci w fabule i umieścić je w wykreowanym przez siebie świecie. Dzisiaj zajmę się tematem kiedy gracie już sesję i coś idzie nie tak.
Mistrzowie gry, w szczególności ci młodzi mają w zwyczaju rozpisywanie fabuły krok po kroku od punktu A do B i tak dalej, aż do końca. Nazywam to prowadzeniem po sznurku, bo w takim stylu gry nie ma zbyt wiele miejsca dla graczy, ich akcji i interpretacji wydarzeń,a gracze są wręcz zmuszani do tego by iść wskazaną im ścieżką. Nie jest to zły sposób prowadzenia, ale nie jest też najlepszy. Bardzo łatwo można to porównać do grania na PC i tego jak dzisiejsze gry są tworzone. Istnieją jedne konkretne drzwi które możesz otworzyć i żadne inne, od danego npc otrzymasz tylko jedną informacje o fabule i nic więcej, ścieżka przez ruiny jest tylko jedna właściwa i żadna inna. Trochę to nudne no, ale pisanie historii w ten sposób jest już praktykowane od lat i jak się okazuje gracze są zbędni w tworzeniu tego typu przygody. To Książki charakteryzuje jednoliniowa fabuła i jeśli chcesz spełniać swoje ambicje tworzenia historii bez udziału osób trzecich zachęcam do napisania jednej z nich.
Innym sposobem prowadzenia jest kompletna improwizacja. Osobiście nie polecam tego ludziom zaczynającym przygodę w fachu mistrza gry. Łatwo się pogubić co, kto, gdzie i dlaczego, a na dodatek bardzo łatwo zepsuć klimat i całą sesję przez jedno głupie zdanie. Ja tak zaczynałem i mam sobie za złe tylko to, że moi gracze męczyli sią na początku ze mną i moimi "wspaniałymi" pomysłami na fabułę. Oczywiście z biegiem lat rozwinąłem się, lecz w dalszym ciągu zdarza mi się pierdzielnąć głupotę i coś odjaniepawlić. Jeżeli jesteś wieloletnim mistrzem gry i chcesz coś poprowadzić na szybko to polecam. Takie sesje zazwyczaj są w klimacie mocno heheszki i ludzie świetnie się przy nich bawią.



Złotym środkiem jest umiejscowienie się pomiędzy dwoma powyższymi stylami prowadzenia. Rozpisujesz sesję punktami pozostawiając pomiędzy nimi pole do popisu dla graczy. Robisz fiszki z ważnymi informacjami, wypisujesz długie wypowiedzi npc i w kilku słowach sam dla siebie ich opisujesz, żeby nie byli zbyt drewniani. No masz tą swoją pięknie rozpisaną sesję i możesz zacząć  prowadzić. Gracze ładnie się spisują i idą za fabułą, ale wiedz, że zawsze znajdzie się jeden który będzie robił ci na przekór. Zawsze tak jest gdy masz niedoświadczonych graczy, a na dodatek sam jesteś niedoświadczonym MG. Przynajmniej u mnie tak było i nadal się zdarza. Pomimo tego, że znamy się już kupę lat i rozegraliśmy nie jedną sesje, ciężko jest określić, który z graczy w tej sadze będzie stawał okoniem. Zazwyczaj jest to tłumaczone "bo moja postać.... (wstaw dowolny powód)" lub "coś mi tu śmierdzi". Ok skoro twoja postać ma inny plan na życie to po co ją prowadzisz? Zmień sobie postać na taką, która pasuje do sesji. No dobra ta postać jest istotna w fabule bo już sobie ją ładnie umiejscowiłeś jako MG i musisz ją ruszyć do przodu.
Jest kilka metod jak to zrobić i ja zazwyczaj praktykuję jedną z nich bo oszczędza mi roboty i dodaje kilka nowych relacji między graczami i ich postaciami :D
Prowadź tak, żeby oporny gracz nie miał się do czego przyczepić. Dla mnie to osobiście głupota bo wtedy wchodzisz w rolę małpy w cyrku. Twoim zadaniem jest bawić kapryśnego gracza i co najgorsze pozostali mogą to wykorzystać. To jest balansowanie na naprawdę wysoko zawieszonej linie z której jak spadniesz to cała twoja saga i praca w nią włożona zdechnie rozbijając się o piaszczystą glebę.
Porozmawiaj z graczem jak ma wyglądać fabuła. Nie jest to zły pomysł i świadczy dobrze o tobie jako o dobrym MG. Siadasz z graczem i mówisz mu co ci nie leży, jeżeli gracz w sensowny sposób wyjaśni swoje zachowanie to bez problemu dojedziecie do porozumienia i fabuła będzie się toczyć dalej. Jeżeli gracz stwierdzi, że nie ma o czym gadać i taka jest jego postać... nie graj z nim. Drastyczne kroki w takim przypadku są niezbędne by nie psuć zabawy tobie i innym- bo przecież po to się gra w RPG.



Szturchnij ich kijem, ale tak żeby poczuli. To jest to co robię zazwyczaj i póki co skutkuje. Pozwalasz graczowi stawać okoniem jedną, drugą, trzecią sesję i  w następnej sesji wplatasz ich w walkę. O Jezusie, ale taką walkę, że żaden zdrowy na umyśle człowiek nie będzie się w nią mieszał bo wie, że skończy się ona szybką utratą hp i zdrowia psychicznego graczy. Dodaj NPC który ma pomóc graczom uniknąć śmierci. Co robi gracz stający okoniem? Staje okoniem :D Jeżeli wysforował się na party leadera to jest jeszcze śmieszniej, bo cała drużyna przejmuje jego tok myślenia. Siedzisz sobie i trzymasz w ręku kości, patrzysz jak cały czas odrzucają wyciągniętą pomocną dłoń, uśmiechasz się pod nosem i czekasz. Wiadomo świat żyje, na dole przed budynkiem dalej trwa strzelanina, ktoś chce wedrzeć się do budynku w każdy możliwy sposób. Gracze dalej stoją jak kołki, ba oni nawet chcą iść na dół i walczyć. Dodajesz od siebie kilka opisów wybuchów i karzesz rzucić graczowi z "nasłuchiwaniem" i "pirotechniką". O tak weszło... granaty obronne. Te dziady robią duże bum, a jak wiadomo duże bum robi duże ała. Gracze dalej stoją okoniem. Tutaj wchodzi kij, ale taki kij z kategorii "f**k you and your cover" czyli coś co jest w stanie przebijać ściany, pojazdy, ludzi i to wszystko na raz. Unikanie wystrzelonego pocisku kiedy widzisz strzelca jest prawie niemożliwe, bo tu ratuje cię tylko intuicja i fuks, a co kiedy nie widzisz strzelca? No dostajesz tak w rondel, że krew jest wszędzie. Przepraszam, czy mam ukarać tylko tego jednego gracza? On dostaje oklep? OOOO nieeee... Dostają wszyscy, po równo jak w głównym zamyśle komunizmu. Postacie graczy leżą na ziemi i krwawią, ale baardzo krwawią. Co się dzieje? Ty sobie siedzisz i patrzysz. Oporny gracz w końcu zgadza się przyjąć pomoc pomimo tego "że coś mi tu śmierdzi", a reszta? Już nigdy mu nie zaufa. Właśnie uciąłeś nogi party leaderowi przy samych kolanach. Stracił autorytet, pozbawiłeś go tego na co tak długo i ciężko pracował. Czyja wina? A no jego oczywiście. Gracze przez następną jedną, dwie lub trzy sesje nie słuchają opornego gracza i jego pomysłów bo "pamiętasz twój ostatni genialny plan?!" Reszcie graczy przechodzą głupie pomysły odrzucania pomocy npc i unikania oczywistego brnięcia dalej w fabułę, do tego strofują się nawzajem i przestrzegają. Gracz przez którego zostali ukarani ma dwa wyjścia, albo się zrehabilituje i będzie grał jak człowiek, albo drużyna sama się go pozbędzie- jako postaci odsyłając ją 6 stóp pod ziemię  lub zwyczajnie wykopując gracza z ekipy za psucie zabawy.  
A co z wami? Znacie jakieś sposoby na motywowanie opornych graczy? No i przede wszystkim co myślicie o moich :D


Fluffy

poniedziałek, 5 lutego 2018

13 Reasons Why


Wiem, że BUM na tą produkcję już minął, ale dopiero teraz ją przetrawiłam. Nie było mi łatwo, bo wzbudziła we mnie dużo silnych emocji i dopiero teraz po uspokojeniu i odzyskaniu chłodnego spojrzenia naprawdę mogę się z Wami podzielić tym co mnie wzburzyło, a co dotarło do mojego serca. O losie, jaka ja byłam wściekła na tą Netflixową serię!

13 Reasons Why to serial podejmujący bardzo trudną tematykę: depresję oraz samobójstwo. Biorąc się za taką produkcję nie trudno o spłycenie tematu i uproszczenie wszystkiego do minimum. Jeśli chcecie wiedzieć, czy- moim zdaniem, Brian Yorkey poradził sobie z adaptacją powieści Yaya Ashera z 2007, zapraszam do lektury.

Żartuję, nie jestem w stanie stwierdzić, czy dobrze zaadaptował powieść, bo wcale jej nie czytałam. Dopiero zaczynam. Niestety bez entuzjazmu. Poszłam za modą i słowami przyjaciela: “Obejrzyj 13 Reasons, serio, mocne”. W ten oto sposób zrobiłam sobie maraton.

13 Reasons Why w 13 odcinkach opisuje nam życie Hannah Baker przed jej śmiercią, a dokładniej mówiąc- trzynaście powodów przez które popełniła samobójstwo. 13 powodów = 13 osób = 13 odcinków + jeden specjalny. (Sharky, do rzeczy!) Eh! Hannah jest uczennicą szkoły średniej, dorabia pracując w kinie, Clay
Jensen jest jej kolegą ze szkoły i z pracy, choć na początku myślimy, że byli sobie obcy. ( Ej wariatko, kim jest Clay?) A Clay! To nasz główny bohater! Musicie wiedzieć, że wnikam zawsze w jakieś szczegóły i mam problemy z określeniem kto jest głównym antagonistą w danej historii.(Sharky, zawsze za dużo kombinuje…to schorzenie natury psychicznej)
Eh wróćmy do Claya! Młody Jensen przeprowadzi nas przez tą dołującą i pełną bolesnych przeżyć historię. Po powrocie ze szkoły na chłopaka przed drzwiami czeka pudełko po butach zapakowane w szary papier- nie ma na nim adresu nadawcy. Tajemnicze i ekscytujące pudełko! Nie wiadomo od kogo, nie wiadomo dlaczego.... do czasu! Jest tam 7 kaset i mapa. Gdy tylko Clayowi uda się zdobyć walkmana i odtworzyć pierwszą z kaset dowiaduje się co powinien zrobić, a tak naprawdę od czego powinien zacząć, bo do 11 odcinka nic nie jest jasne.

Oglądając tą serię cały czas towarzyszymy jeżdżącemu po mieście chłopakowi, którego przewodnikiem jest głos zmarłej Hannah w słuchawkach.

Serial w głównej mierze opiera się na retrospekcji z narracją dziewczyny, gdy Clay słucha kaset. Gdy nie słucha oglądamy jego codzienność z którą się zmaga po śmierci koleżanki. Rodzi się problem, ponieważ: Clay nie bardzo chce słuchać kaset, a w dodatku wszyscy, którzy ich słuchali, tj. o nich wiedzą straszą go, że on też jest jednym z powodów. Z czasem zwycięża nad nim chęć poznania przeżyć, myśli i przyczyn, przez które Hannah popełniła samobójstwo. Wiecie, jacy są nastolatkowie? Ja trochę o tym zapomniałam i złościła mnie ta produkcja za irracjonalnie wyciągane wnioski, myślenie na wyrost niż słuchanie i tragizm w jaki popadali nasi bohaterowie. Gdy tak się triggerowałam, mój narzeczony szturchał mnie łokciem i mówił: “ o co ci chodzi? Ty też taka byłaś”. I wtedy czułam się jakby ktoś przetarł mi strasznie brudną szybę świetnym detergentem… Clay jest do bólu dramatyczny. Dużo histeryzuje, przeżywa całym sobą coś o czym jeszcze nic nie wie. Miota się. Boi się słuchać nagrań, ale chce sprawiedliwości dla Hannah. Emocje się z niego wylewają. Ciężko sobie to wyobrazić...jak ja bym się zachowała gdyby to do mnie trafiło takie pudło, gdy miałam 16/17 lat ? Boję się o tym myśleć. Byłam gorsza niż Clay.
(Ekhm...pss...nie chcę ci przeszkadzać, ale wiesz...fabuła, coś?)  A tak, wróćmy do fabuły.
Na pierwszej kasecie nasza bohaterka podaje zasady:
Reguły są proste. I tylko dwie. Po pierwsze, słuchacie. Po
drugie, przekazujecie taśmy dalej. Przy odrobinie szczęścia żadna
z tych rzeczy nie przyjdzie wam łatwo. Kiedy uporacie się już ze wszystkimi trzynastoma stronami – ponieważ jest trzynaście stron tej historii – przewińcie kasety, odłóżcie je do pudełka i przekażcie temu, kto następuje w opowieści po was. (...)
Na wypadek gdyby kusiło was złamanie reguł, przyjmijcie do
wiadomości, że zrobiłam kopie tych taśm. Zostaną upublicznione,
jeśli cały zestaw nie dotrze do każdego z was po kolei.
To nie była decyzja podjęta pod wpływem chwili.
Nie lekceważcie mnie... znowu.

Clay nie wie ile osób było przed nim dopóki nie dotrze do swojej taśmy, do tego czasu pozna doświadczenia Hannah związane z innymi osobami. Clayowi idzie ciężko słuchanie jak już mówiłam, bo gdy słucha, ocenia. Nie potrafi nie mówić o taśmach, nie potrafi nie zaczepiać ludzi z kaset. Hannah wypełnia  jego głowę, jej punkt widzenia jest jego. (To będzie chamskie Sharky. Przestań, nie będzie. Nie wiem jak to opisać więc po prostu wezmę się za to po kolei. Jeśli nie chcecie znać konkretów przeczytajcie tylko, pierwsze 4 słowa).
No to zaczynamy!

1 taśma: Justin Foley.

Justin był pierwszym chłopakiem Hannah. Tzn. chłopakiem, z którym miała swój pierwszy pocałunek. (btw. akcja Hannah żeby się nią zainteresował była kozacka, obczajcie. Wtedy pomyślałam wow ta laska była niezła!) Niestety Foley zachował się jak świnia i zrobił jej zdjęcie na zjeżdżalni ( z tego co ogarniam było widać jej bieliznę) i insynuował, że panna Baker jest łatwa i uprawiała z nim miłość na tym placu zabaw. Plotka poszła w świat. Pierwszy gwóźdź.

2 taśma: Alex Standal.

Alex był przyjacielem Hanah choć nie od razu i o tym się dowiemy. Na początku poznajemy go jako chłopaka, który sporządził ranking :największych towarów/pasztetów” z ich klasy. Nazwisko naszej bohaterki znalazło się na tej liście przy podpunkcie “Najlepsze pośladki”. I mnie to wtedy wydało się irracjonalne, Jakaś głupia lista, kogo to obchodzi? Ale później pomyślałam dłużej i książkowa Hannah mnie boleśnie uświadomiła: Do żadnego z późniejszych wydarzeń by nie doszło gdyby nie Alex i jego głupi ranking. Ale z tym to trzeba podziękować Justinowi, efekt śnieżnej kuli. I trochę tak jest, że bardziej zgadzam się z Clayem w tamtej chwili i nawet teraz mnie to frustruje...to, że to nie fair i Alex nie mógł przewidzieć co się dalej wydarzy. Życie.

2 taśma strona B: Jessica Davis

Spotkanie Jessicy i Hannah nie należało do super szczęśliwych, jedno z tych spotkań u szkolnego pedagoga po transferze z innej szkoły. Za wszelką cenę chcą żebyś się zaaklimatyzował więc parują cie z innym przeniesionym uczniem. Do bani, prawda? Ale dziewczyny się zaprzyjaźniły. Narzekanie i słodycze spaja nastolatki silniej niż klej! Problem w tym, że zazdrość i niedopowiedzenia są jak buldożer. Nie sposób nic przed nim uchronić.

Żartowałam, nie opiszę Wam wszystkich kaset, a to tylko dlatego, że przerabianie wszystkiego od początku jakoś strasznie mnie dołuje. Oto moje małe wprowadzenie.  Najbardziej rozrywa mnie fakt i powód dla którego Clay znalazł się na taśmie. Nie mogę się z tym pogodzić i nie pogodzę się chyba nigdy - Tak, głosie wiem, że to nastolatki i one myślą trochę inaczej, doskonale wiem. Ale jeśli kogoś odtrącasz...to on się nie domyśli, a jeśli nie potrafisz powiedzieć nie, gdy powinnaś… Bardzo doprowadza mnie do szału wręcz głupota Hannah w 10 czy 11 odcinku. TAK GŁUPOTA. Wydaje mi się, że osoba normalna uciekłaby od niebezpieczeństwa za wszelką cenę... ale niestety Hannah była już za bardzo niestabilna psychicznie. Co dziwne, wystarczająco racjonalna i stabilna na nagranie taśm po najtragiczniejszej rzeczy, która ją spotkała.

Jestem pod wielkim wrażeniem jak nasz główny bohater poradził sobie z problemem taśm! Był niesamowity, mówię Wam! Musicie obejrzeć ten serial choćby dla niego! Uchylę rąbek tajemnicy- dograł 14 stronę taśmy.

Ta produkcja Was zniszczy, sfrustruje, obedrze z racjonalnego i chłodnego postrzegania rzeczywistości i doprowadzi na skraj. Mimo wszystko obejrzyjcie. Moim zdaniem jest to wyjątkowo ważna produkcja, bo zwraca uwagę na niesamowicie ważny problem funkcjonujący w młodym społeczeństwie. Trzymajcie się cieplutko i dbajcie o swoje zdrowie psychiczne kochani!

~Sharky
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka